Archive for 'web 2.0'

Pornopolityka

Tags:, , , , , , .

No dobra, przyznam się z bólem, że czegoś nie umiem. Nie umiem robić przypisów w sieci, takich ładnych co to jest sobie liczba w nawiasie kwadratowym [8], klika się w nią i przenosi nas to do przypisu, a potem klika się “wstecz” i jest się z powrotem tam, gdzie się czytało.

A ponieważ nie umiem, to poszłam na łatwiznę i zamiast przeklejać tu swój obiecany tekst, który przypisy, jako żywo, posiada (mało bo mało, ale są), wklejam Wam go w pdfie: pornopolityka.
Oprócz tego bonus w postaci materiału ikonograficznego: prezentacja w powerpoincie. Problemy pod tytułem “This file is too big. Your php.ini upload_max_filesize is 7M” dzięki interwencji siły dydaktycznie wyższej okazały się tymczasowe [światem, jak widać, nie rządzą masoni, tylko admini ;].

Poniżej – adresy do stron bohaterek artykułu. Stanowczo dla osób powyżej 18 roku życia.
Partia Przyjemności
Pierwsza gwiazda porno w parlamencie
Jej czeska koleżanka po fachu również próbująca sił w polityce
Belgijska kampania wyborcza
Amerykańska seksperformerka [na jej stronach można kupić jej "titprints", nie żartuję] i jeden z jej projektów

Posted on 27 maja '08 by Małgorzata Joanna Adamczyk, under ciało, linki, realne/wirtualne, web 2.0. No Comments.

Kanapowe podróże i internet w plecaku

Tags:, , .

Travel blogi to „po prostu” blogi pisane w podróży. Cudzysłów jest tu moim zdaniem głęboko uzasadniony. Oprócz tego, że jest to jeden z wielu typów (i celów) blogowania, jest to także część zjawiska, którego nazwa nie zaskakuje – Travel 2.0. Travel 1.0 wykorzystywało internet w Celu 1.0 – były to strony pozwalające na szybkie znalezienie informacji o hotelu, locie, czy obiektywnych atrakcjach turystycznych bez zaproszenia podróżnika do interakcji. Mianem Travel 2.0 określa się strony, które są już pełnowymiarową świątynią wirtualizacji podróży. Na takiej stronie można m.in.:

- zaznaczyć na mapie wszystkie miejsca w jakich się było, zliczyć je i przedstawić w statystykach
- zaznaczyć na mapie aktualną trasę podróży wraz z miejscem obecnego pobytu
- zostawić informacje o każdym odwiedzonym miejscu i przeczytać komentarze innych użytkowników o każdym miejscu, patrz np. venividiwiki.eu
- porozumiewać się z innymi podróżnikami, którzy są w pobliżu
- oczywiście umieszczać wpisy tekstowe, fotograficzne i audiowizualne o swojej podróży, czyli właśnie travelblogować.

Możliwości jest oczywiście znacznie więcej, te wydają mi się najważniejsze. Ostatnią nowinką techniczną jest połączenie moblogów z travel blogami, czego efektem są notatki z podróży redagowane przez komórki, a publikowane w travel blogu. Jedną z pierwszych stron dających takie możliwości jest travnotes.com .

W blogowaniu podróżniczym szczególnie istotne wydaje mi się przekroczenie bariery czasu i przestrzeni, ponieważ istotą podróży jest właśnie ciągle zmiana miejsca – internet jest tu więc stałym punktem odniesienia, bieżącym zapisem pokonywanej drogi. Ma to, moim zdaniem, duże znaczenie psychologiczne i to, pomijając kompulsywny pęd ku posiadaniu własnej podróży, całkiem pozytywne. Stały kontakt jaki tworzy travel blog między piszącym, a stałymi czytelnikami komentującymi jego podróż, podróżnikowi daje duże poczucie bezpieczeństwa, zaś odbiorcy bloga – wrażenie współuczestnictwa w podróży. Travel blogi mają swoich bohaterów, których sława często przekroczyła ramy internetu. Takimi bohaterami w Polsce są chyba Kinga i Chopin, których podróże wielu śledziło aż do tragicznego końca – śmierci Kingi w Afryce (blog-memoriał Kingi: http://naszestrony.nazwa.pl/kingafreespirit/kingapl/). Takie blogi tworzą zresztą samodzielną całość i po zamknięciu często są nadal czytane.

Travel blogi to zjawisko masowe, są dziesiątki serwisów, a na nich tysiące wpisów. Jak we wszystkich tego typu instytucjach, podróże i ich opisy są oceniane, a ich twórcy, chcąc nie chcąc, współzawodniczą ze sobą. Poza lokalnymi rankingami, konkurs na najlepszego travel bloga organizuje upgradetravelbetter.com .

Przyszłość travel blogów jest niepewna, ale jej nazwę już znamy – Travel 3.0. Przeczytałem o dwóch możliwych rozumieniach tego pojęcia – bycie w stałym połączeniu z globalną siecią podczas podróży lub podróżowanie WEWNĄTRZ globalnej sieci, czyli wirtualnie, nie ruszając się z domu. Co wolicie – internet jako nasz umysł czy nasz świat?

- przykładowe portale travel 2.0
http://www.travelpod.com/
http://www.travelblog.org/
http://www.mylifeoftravel.com
http://blog.travellerspoint.com
http://mytravelblog.pl

http://travnotes.com – moblog + travel blog
http://venividiwiki.eu/ – to i niżej – interaktywne mapy
http://simpatigo.com
http://www.hospitalityclub.org/ – wszystkim znane, też travel 2.0
http://www.couchsurfing.com/ – j.w.

- inne ciekawe strony
http://www.upgradetravelbetter.com – coroczny konkurs na najlepszego travel bloga
http://web20travel.blogspot.com – blog o travel 2.0 – ogromna garść linków
http://naszestrony.nazwa.pl/kingafreespirit/kingapl – blog Kingi

Posted on 21 kwietnia '08 by Mateusz Płatos, under blogi, realne/wirtualne, web 2.0. No Comments.

Fotoblogowanie, czyli milion zachodów słońca komentarzami opatrzonymi

Tags:, , .

Fotoblog to graficzne wcielenie bloga, powstałe na bazie dwóch procesów – zwiększenia szybkości transferu danych i pojemności dysków oraz upowszechnienia się fotografii cyfrowej. W wyniku tych zmian zdjęcia dobrej jakości może robić każdy, wszędzie i (prawie) wszystkim, a potem zamieszczać je bez ograniczeń na nieskończonej sieciowej przestrzeni. I jak to zwykle bywa, ma to swoje wady i zalety.

W mojej „antropologicznej podróży” natknąłem się na trzy typy fotoblogów, typy o dosyć nieostrych granicach oczywiście. Po pierwsze, fotoblogi, nazwijmy je, klasyczne, mające formę graficznego pamiętnika. Kolejne dni przynoszą nowe „fotki” tego, co się akurat pod obiektyw napatoczyło, a to jakaś fajna „jazda”, a to zachód słońca czy… kolejny zachód słońca. Czasem zdjęciom towarzyszą mniej lub bardziej rozwinięte komentarze, a także komentarze inny fotoblogerów. Właściwie nie wiem, czy można powiedzieć, że fotografia jest dominującym medium fotobloga. Zdjęcie jest zwykle głównym elementem, inicjującym wpis, ale wokół niego często narasta znacznie je przerastający materiał tekstowy – tytuł, opis, komentarze i sam interfejs oczywiście. „Klasycznie” pojmowany fotoblog, tak jak blog tekstowy, rejestruje przede wszystkim stany emocjonalne nadawcy, codzienne wydarzenia życia osobistego, czasem bardziej refleksyjnie ujmowaną rzeczywistość, służy oczywiście również autoprezentacji (często autorzy sami stają przed obiektywem). Masowość zjawiska nie służy oczywiście jakości, ale ponieważ kryterium estetyczne nie dominuje nie tylko w nadaniu, ale i odbiorze, myślę, że święte oburzenie można sobie darować, a fotoblogi potraktować jako ciekawy, fotograficzny zapis… wszystkiego.

Jako oddzielną kategorię, wyróżniłbym fotoblogi artystyczne, które nie mają w założeniu sprawozdawać naszego życia osobistego, ale ujmować rzeczywistość „w ogóle”, w subiektywnej, niecodziennej formie. Jest to internetowa adaptacja profesjonalnej fotografii artystycznej i często właśnie profesjonaliści pokazują swoje prace na takich fotoblogach, ale oczywiście nie tylko. Tu zdjęcia mają zwykle skromniejszy i bardziej filozoficzny komentarz, a wszystko sprawia często wrażenie wcześniejszego przygotowania, a nawet przemyślenia, co w sieci zawsze cieszy i zaskakuje.

Wreszcie ciekawym i bardzo popularnym zjawiskiem jest po prostu zgrywanie całej zawartości aparatu do internetowej galerii, czasem z niewielkim komentarzem do całej serii. Typowym serwisem do takich praktyk jest Flickr. Jest to zupełnie nieuporządkowany zapis aktywności fotograficznej szczęśliwego posiadacza aparatu, przez co jest najtrudniejszy w odbiorze, ale i najmniej wykreowany. Zamieszczanie 10 zdjęć jednego ujęcia chyba słusznie sugeruje, że celem nadawców nie jest kontrolowana komunikacja z kimkolwiek, a wirtualizacja swoich wspomnień bez żadnej selekcji. Dysk twardy został właściwie zastąpiony przez internet. Ogólnie uważam, że to niebezpieczne, dla antropologów – bezcenne ;-)

Fotoblogi funkcjonują jako indywidualne strony, w ramach ogólnych blogerni jak Blogger.com, fotoblogerni jak Fotolog.com, a także innych portali społecznościowych jak Myspace czy YouTube – za fotoblogi uznałbym pokazy slajdów w formie video, które ludzie często zamieszczają dosyć regularnie. Wszystkie te serwisy tworzą z fotoblogów nową strukturę, w której możemy selekcjonować twórców na wiele sposób, oceniać ich, a także oglądać zdjęcia ułożone tematycznie, zwykle wg tagów – co de facto tworzy nowego fotobloga np. o plażach w Kalifornii w percepcji 13,082 osób (na godz. 22:21, 19.04.08) ;)
Poniżej umieszczam parę stron, na których można rozszerzyć swoją wiedzę albo dać się wciągnąć fotoblogom, na co ja sobie w imię wyższych celów pozwoliłem.

http://en.wikipedia.org/wiki/Photoblog
http://www.photoblog.pl/
http://www.fotolog.pl/
http://www.flickr.com/
http://photobucket.com
http://www.fotolog.com/
http://www.photoblog.com
http://www.photoblogs.org/

Posted on 20 kwietnia '08 by Mateusz Płatos, under blogi, multimedia, realne/wirtualne, web 2.0. 1 Comment.

O akronimach, których lepiej nie rozwijać, czyli Bardzo Lubię Informować Przyjaciół

Tags:.

Blipa “obczaiłem” od razu po powrocie do domu z zajęć. Założyłem sobie konto, od razu zablipowałem, przejrzałem opcje i dochodzę do wniosku, że za bardzo nie ma nad czym się rozpisywać. Konto zakłada się w minutę i poza mailem nie trzeba podawać żadnych informacji, więc jest bezpiecznie. Blipować można na trzy sposoby: tradycyjnie – przez stronę, wysyłając wiadomość na Gadu-Gadu pod numer 202, wreszcie – przez SMS lub MMS pod specjalny numer telefonu. Wszystkie nasze blipy niezależnie od sposobu ich publikacji są ładnie zbierane w bliplog. Czy są jakieś ograniczenia długości blipa – nie wiem, ja w każdym razie trzymając palec na jednym klawiszu przez dłuższą chwilę, do owych granic nie dotarłem, więc rozpisywać się można, acz blip to z założenia raczej zwięzła forma literacka. Co jeszcze możemy zrobić z blipami? Możemy wzbogacić je o linki i zdjęcia. Możemy także niektóre ze słów oznaczyć jako tagi, które po kliknięciu prowadzą do innych blipów, które także je zawierają (tagi można co więcej zasubskrybować). W obrębie serwisu można ponadto wysyłać wiadomość do innych bliperów, no i, co o wiele ważniejsze, śledzić na bieżąco wpisy swoich znajomych (jeśli któryś z naszych znajomych z gg albo jabbera także blipuje, serwis nie omieszka nas o tym powiadomić, pod warunkiem, że zdradzimy swój numer => blip ma więc jakieś konszachty z gg, skoro ma dostęp do zapisanych na serwerach list kontaktów). I to w zasadzie wszystko, jeśli chodzi o sposób używania. Jeśli zaś chodzi o poetykę blipów – zachęcam do samodzielnego odkrywania. :)
W tym miejscu miał się znajdować nasz zajęciowy bliper, ale albo faktycznie nie da się wstawiać takich atrakcji, albo po prostu nie mam uprawnień do ich publikowania. Tak czy inaczej czekam na interwencję/rozstrzygnięcie Prowadzącej. Póki co, zamiast wklejki, mogę po prostu do niego odesłać. Dane potrzebne do dostępu powinny już wkrótce pojawić się w tajnej notce. (więcej…)

Posted on 16 kwietnia '08 by Sławomir Klimkowski, under blip, blogi, web 2.0. 1 Comment.

Blok, pierwsza polska powieść hipertekstowa

Tags:, , .

Obawiam się, że niedługo przyjdzie mi zostać pełnoetatowym popsujzabawą, bowiem ostatnio nic jak tylko marudzę i marudzę. Tym razem będzie nieinaczej, za co z góry przepraszam. Choćbym się jednak nie wiem jak wysilała, nie jestem w stanie okrzyknąć “Bloku” wielką literaturą.

Czym jest “Blok”? Powieścią. Jaką?
a) ustrukturyzowaną nieliniowo?
b) ustrukturyzowaną liniowo?
c) nieustrukturyzowaną?
W rzeczywistości najbliższa prawdzie jest odpowiedź d), która brzmi “wszystkie powyższe”. Dlaczego? Otóż z jednej strony mamy tu do czynienia z multilinearnym hipertekstem, który może nas prowadzić w wiele stron jednocześnie [nieliniowość]. Z drugiej strony przeważającą strukturą jest sruktura bloku, wzmacniana przez “spis lokatorów” umieszczony w miejsce zwyczajowego spisu treści, oraz przez strzałki u dołu strony, niejako zapraszające do lineranej lektury. Wychowany na tradycyjnych tekstach czytelnik nie oprze się takim zaproszeniom, przez co lektura “Bloku” stanie się dla niego (nudnym i żmudnym) zapoznawaniem się z pewnym społecznym obrazkiem, nie zaś (ciekawą z założenia) zabawą formalną. Wreszcie zaś ktoś, kto zechce przeklikiwać się przez każdy najbliższy napotkany odnośnik, dojdzie do wniosku, że “Blok” jest nieustrukturyzowanem i chaotycznym (a przez to niemiłym w lekturze) zlepkiem luźno mających się do siebie fragmentów. Na tym bowiem polega problem z hipertekstami, że nie wiadomo, jak małe mają być tworzące je leksje. Jeśli są zbyt duże – mamy do czynienia z lekturą właściwie linearną, tyle że jej linearność może być realizowana na różne sposoby (tak jak w wypadku paragrafówek). Jeśli są zbyt małe, tekst, o ile nie czytać go liniowo w porządku sugerowanym przez np. strzałki, staje się niezrozumiałym bełkotem. Tak też jest niestety w wypadku “Bloku” – ciągłe klikanie w pierwszy napotkany w danym fragmencie link sprawia, że lektura nie ma specjalnie sensu, zaś by miała sens, należy ciągle klikać po prostu “dalej”, czytając tekst liniowo (wg bohaterów, bo już niekoniecznie wg pięter). A jeśli tak, to po co to marketingowe trąbienie “oto powieść hipertekstowa”? “Blok” czytany jako hipertekst nie jest powieścią (bo po drodze ginie fabuła), zaś czytany jako powieść nie jest moim zdaniem hipertekstem (bo gwarancję fabularności daje nam poruszanie się za strzałkami; jedyny wybór, który od nas zależy, to wybór lokatora i piętra).
Słowem – z dużej chmury mały deszcz…

Posted on 9 kwietnia '08 by Małgorzata Joanna Adamczyk, under recenzje, web 2.0. No Comments.

Z notatnika sceptyka

Tags:, , .

Żeby na dzisiejszych zajęciach nie było hurrraoptymistycznie, zacytuję niniejszym mojego ulubionego hipertekstowego sceptyka, Piotra Czerskiego:

“Oczywiście do przenoszenia w obszar hipertekstu nadają się bardzo dobrze wydawnictwa pozaliterackie [w przeciwieństwie do literatury - dopisek mój, MJA] – takie jak encyklopedie czy poradniki; trzeba jednak zauważyć, że próba zdobycia wiedzy w jakiejś dziedzinie dzięki internetowej encyklopedii może zakończyć się niepowodzeniem z powodu nadmiaru informacji. Jeżeli w opisie jednego hasła występują odnośniki do trzech kolejnych, z których każde zawiera odnośniki do kolejnych trzech – bardzo szybko okaże się, że w swoim dryfie trzeba się zdać na przypadek w mniejszym lub większym stopniu. Ta wiadomość jest deprymująca – nagle znacznie wyraźniej niż kiedyś wiemy, jak mało wiemy. Mamy świadomość istnienia niewykorzystanych ścieżek, na których znaleźlibyśmy być może jakąś istotną wiedzę, ale które z konieczności ominęliśmy w swojej podróży.”

Więcej tu: Raport z przeciążonego serwera

Posted on 2 kwietnia '08 by Małgorzata Joanna Adamczyk, under cyberaktywizm, linki, teoria, web 2.0. No Comments.

Jak wikipedia opowiedziała mi o bombie atomowej

Na wstępie przepraszam za opóźnienie – musiałem stoczyć heroiczny bój z moim komputerem, ewidentnie nie spodobała mu się wizja przyszłości internetu i próbował mnie powstrzymać.

Wikipedia jest bardzo wdzięcznym tematem do badań, sama o sobie przygotowuje materiały w zgrabnej, przystępnej formie, dorzuca garść odnośników do kolejnych haseł i zwykle jeszcze jakieś linki zewnętrzne, ba, nawet tłumaczy swój własny fachowy żargon, co często bywa problemem. Nie podejmuję się nawet opisywania jej z zewnątrz, i tak nie dałbym rady lepiej, niż ona o sobie i o oprogramowaniu typu wiki
Nie jest zatem w jej przypadku trudnym zrozumieć “jak to działa” – natomiast z tym, “jak ma działać” bywa gorzej.
Jeśli ktoś zostaje wikipedystą, robi to albo dlatego, że musi, MUSI stworzyć hasło swojej ulubionej szóstoplanowej postaci z Harrego Pottera – albo dlatego, że ma ochotę zostać prawdziwym encyklopedystą*, a taki powinien dysponować pewną wiedzą, umiejątnością korzystania z zasobów internetu, a przede wszystkim być zaangażowany i uparty. Po takich ludziach można się spodziewać, że nie pozwolą wikipedii po prostu toczyć się, gdzie wypadnie, ale zechcą kierować jej losem. Na ile poważne są to problemy dla zainteresowanych, można się przekonać tu
i na stronach dyskusji każdego z haseł (można je obejrzeć klikając na zakładkę “dyskusja” pod paskiem adresu – tak, mnie też to wcześniej nigdy nie interesowało, mój błąd); polecam też linki z postscriptum.

Temat wikipedii zainteresował mnie, bo parę razy w życiu zdarzyło mi się zostać przez nią “wciągniętym” – najsilniejszy atak wiki miałem dwa tygodnie temu, kiedy to przez kilka dni spędzałem dosłownie każdą wolną chwilę czytając ją (przeszedłem drogę od muzyki goa trance do najnowocześniejszych technik wojskowych, z połową XX wieku po drodze) – i do tej pory mam otwarte trzy hasła, których boję się tykać. Wiem też z relacji znajomych – często osób, które zwykle nie przejawiają zainteresowania Wiedzą (jak ja) – że również zdarzało im się oddać wolnej encyklopedii kawałek swojego życia.
Zastanawiałem się, na czym to polega – mam tylko jednego znajomego, który aktywnie współtworzy wikipedię, i drugiego, który zajmował się tym kiedyś. Na pewno nie jest więc to kwestia interaktywności, nie chce mi się też wierzyć że to tylko i wyłącznie magia hipertekstu. Wyjaśnienie, które mnie przekonało, znalazłem tu – nie mam znajomych, którzy mają u siebie na półce “zwykłą” encyklopedię, takich zaś, którzy posiadają kompendia na jakiś temat – owszem. Chciało by się prześledzić, jaki zakres haseł przegląda przeciętny użytkownik wiki, danych na ten temat niestety brak (czy raczej pewnie ja nie mam dostępu).

Ciekawa też jest wikipedia w kontekście internetowego anarchizmu, funkcjonuje wszakże na licencji GNU – liczę, że o tym szerzej nam opowie tow. Konopczyński w przyszłym tygodniu.

Encyklopedia tworzona przez wszystkich, dla wszystkich, o wszystkim, z grupą fachowców i zaangażowanych amatorów, zainteresowanych świadomym jej kształtowaniem – projekt-gigant. Zacząłem ją doceniać nie tyle za to, jak wiele informacji gromadzi, bo oczywistym mi się wydaje, że każda odpowiednio rozreklamowana baza danych znajdzie ludzi, którzy ją zaczną wypełniać – ale za to, jak została uporządkowana. Sam niejednokrotnie miałem ochotę zarejestrować się i poedytowac hasła, które z jakichś przyczyn mi się nie podobały, teraz się boję. Czytanie musi mi wystarczyć.

* Problem haseł o znikomej uzyteczności częściowo rozwiązują wikipedie tematyczne, np. lostpedia – wiki w całości poświęcona serialowi “Zagubieni”, czy na przykład wielkapedia, będąca przybudówką znanego portalu www.wielkarzeczpospolita.net.
Ponadto można wyodrębnić jeszcze jeden typ wikipedystów – a mianowicie wandali, którzy złośliwie obniżają poziom wiki. W większości przypadków jest to łatwe do wykrycia, trafiają się jednak wandale, którzy swój cenny czas i umiejętności poświęcają wiarygodnemu fałszerstwu.

P.S.: Parę ciekawych linków na temat
Wikipedia:Nasza odpowiedź na krytykę
Wikipedia:Okrągły Stół/Wikipedia jako sieciowa gra edukacyjna
Wikipedia:Efekt wiatraczka
Dyskusja o wiatraczku
Henryk Batuta
Czy jesteś wikipedioholikiem

P.P.S.: Podczas korekty wyłapałem parę śmiesznostek, n.p. “każda odpowiednio rozreklamowana baza danych znajdzie ludzi, którzy ją zaczną wypełniać”. Czekam na BuntMaszyn 1.0

Posted on 11 marca '08 by Franek Molga, under cyberaktywizm, linki, teoria, web 2.0. 3 Comments.

Muzyka i software – zrób to sam

Tags:, .

Spotkanie w ramach Klubu Kultura 2.0 we wtorek, 11 marca, o godzinie 19.00.

Więcej info.

muzykaisoftware.jpg

Posted on 6 marca '08 by Anna Rogozińska, under ogłoszenia, web 2.0. No Comments.

Web 2.0 – czym jest, i dlaczego niektórzy twierdzą, że go nie ma

Nie będę przytaczać w tej notce definicji Web 2.0 – łatwo możecie je znaleźć w sieci. Przyznam też, że po przeczytaniu wszystkich podanych (i innych – linkujące się nawzajem blogi tematyczne strasznie pożerają czas ;) tekstów więcej nie wiem niż wiem.

Rozpocząwszy tą smutną konstatacją, chciałabym się z Wami podzielić garścią refleksji, które być może podczas dyskusji na zajęciach przyjmą nieco bardziej rozbudowaną formę.

Przede wszystkim – nie było żadnej rewolucji. Między Web 1.0 a 2.0 nie dokonał się żaden skok techniczny, pojawiły się jedynie nowe techniki tworzenia aplikacji (np. AJAX), które umożliwiły użytkownikom bezpośrednie wprowadzanie zmian na stronie. Z tego powodu trudno jest określić moment, w którym wkroczyliśmy w erę Web 2.0. Za jej początek uznaje się rok 2001 (wtedy pękła dot-com bubble), ale doprawdy nie rozumiem przesłanek (co nie znaczy, że one nie istnieją lub są niesłuszne ;) , które kazałyby nam tak uważać. Z tego też względu niektórzy (np. Tim Berners-Lee) uważają Web 2.0 za wymysł marketingowy, pustą nazwę, która nic nie desygnuje, ale za to ładnie brzmi.

Niewątpliwie jednak coś się zmieniło – zmienił się nasz sposób używania internetu. Zarówno przez zwykłych użytkowników jak  przez tych, którzy produkują oprogramowanie. W miejsce sieci- bazy informacji pojawiła się wzajemność na linii nadawca-odbiorca. Z tym zjawiskiem łączymy  p2p czy blogi. Z wypowiedzi teoretyków- entuzjastów w Web 2.0 (Tim O’Relly) wyłania się projekt sieci opartej na dobrowolnej i kreatywnej współpracy i wolnym przepływie informacji między ludźmi – wydaje się, że cokolwiek utopijny. Szczerze mówiąc, przypomina mi on trochę XIXwieczny anarchokolektywizm ;) A już na poprzednich zajęciach ustaliliśmy, że w Internecie istnieje hierarchia i cenzura (tu pytanie: do jakiego stopnia struktura „społeczna” sieci odzwierciedla modele panujące we współczesnych społeczeństwach Zachodu?).

Zmiany te nie zachodziły jednak w sposób rewolucyjny, raczej ewolucyjny. Internet staje się (stał się) przestrzenią społeczną, równoważną z każdą inną; przestrzenią konstrouwania własnej tożsamości (a to już grząski socjologiczny grunt ;) . Powstanie i rozwój portali społecznościowych – sztandarowa cecha Web 2.0 datuje się od 2004 roku (fcbk i grono, myspace 2003), popularność blogów zaczęła się nieco wcześniej (ok. 2000 roku), ale “if Web 2.0 for you is blogs and wikis, then that is people to people. But that was what the Web was supposed to be all along.” (znów Berners-Lee).

Możemy więc chyba powiedzieć, że termin web 2.0 (jakkolwiek rozumiany) odnosi się do pewnego etapu ewolucji sieci, dokonującej się przede wszystkim na poziomie kształtowania się nowej przestrzeni społecznej. Trudno jest pisać o zjawisku, które istnieje tu i teraz – i w którym wszyscy uczestniczymy. Zwłaszcza, że dotknęłam tylko niewielkiego wycinka problemów,  jakie mamy z Web 2.0. Mam nadzieję, że poruszymy jeszcze kwestie ekonomii, open-source (i prawa autorskiego), związków międzyludzkich czy polityki prywatności (i to niekoniecznie w trakcie najbliższych zajęć, te kwestie będą zapewne wracać ciągle). I wiele innych, które w tej chwili nie przychodzą mi do głowy ;)

Posted on 4 marca '08 by Kasia Urbaniak, under cyberaktywizm, realne/wirtualne, teoria, web 2.0. 1 Comment.