Blog zajęciowy

Blog towarzyszył dwóm edycjom zajęć „Antropologia internetu” prowadzonych dla studentów Instytutu Kultury Polskiej UW w roku 2007/2008 i 2010/2011, poświęconych analizie internetu jako medium kulturowego i jako przestrzeni społecznej.

Espen Aarseth sugeruje, że „badania nowych mediów muszą stanowić odrębną, autonomiczną dyscyplinę, która powinna zajmować się historycznymi, estetycznymi, kulturowymi i dyskursywnymi aspektami digitalizacji społeczeństwa”. Przyglądaliśmy się nowym mediom w kontekście ekspresji, reprezentacji, estetyzacji życia codziennego oraz ich osadzenia w kanonach piękna oraz relacjach władzy.
W trakcie zajęć zajmowaliśmy się taki zagadnieniami, jak: hipertekstowość, interaktywność, multimedialność i multimodalność treści internetowych, interfejsy, dizajn stron internetowych i programów w kontekście projektowania doświadczenia użytkownika, estetyzacja i personalizacja własnych przestrzeni komputerowych, materialność i wirtualność. Istotne okazały się kategorie wielokulturowości i imperializmu kulturowego. W każdym z przypadków refleksja teoretyczna była poparta analizą konkretnych praktyk i kontekstu społecznego – przyjrzeliśmy się między innymi konstruowaniu tożsamości w różnych środowiskach internetu, aplikacjom webowym, serwisom społecznościowym, mapom Google.

Blog powstał w wyniku współpracy prowadzącej, Anny Rogozińskiej, ze studentami przygotowującymi mini-projekty badawcze / uzupełniającymi zajęcia o dodatkowe konteksty i źródła. Tym samym konwersatorium stało się też rodzajem projektu medialnego, który łączył teoretyczną refleksję nad internetem jako medium kulturowym z praktycznym rozpoznawaniem jego różnych środowisk.

fineLIFE – POWÓL SOBIE NA LUKSUS!

W Internecie jest dziś w zasadzie wszystko: można rozmawiać, pisać listy, oglądać filmy, czytać książki… Jest e-radio, e-telewizja… słowem: jedno wielkie e-życie.

Weźmy pod lupę gazetę. Nie tak dawno temu do swoistej rutyny dnia codziennego należała poranna kawa z lekturą najświeższych wiadomości. Sądzę, że niektórym wciąż się to jeszcze zdarza, ale… no właśnie – zdarza. Bo po co wydawać kolejne pieniądze na gazetę, skoro już mamy opłacony Internet, a w nim te same informacje czy artykuły? Mam przeczucie, że nadchodzi nowa era rutyny codziennej, która do porannej kawy będzie miała dołączonego laptopa ze stałym łączem…

Kilka postów niżej Bartek zamieścił tekst poświęcony barwom w sieci. Przyznam szczerze, że szata graficzna Rzeczpospolitej, Gazety Wyborczej, czy nawet Gali nie jest dla mnie specjalnie zachęcająca. Oczywiście, pod kątem warstwy informacyjnej można sprawnie znaleźć to, czego potrzebujemy, niemniej jednak żadna z tych stron nie sprawia, że człowiek z prawdziwą przyjemnością zasiądzie tu przy dłuższej lekturze.

Chciałabym Wam zaprezentować portal fineLIFE. Jest to internetowy magazyn, który – swoją drogą – w roku 2010 zdobył jedną z najbardziej prestiżowych nagród w sieci – Webstar (więcej na ten temat znajdziecie na stronie www.webstarfestival.pl)

Po wejściu na stronę nie zasypują nas tysiące reklam czy migających bannerów; nie musimy także szukać w popłochu ikony wyciszającej ryk muzyki.

Kolory są stonowane, a przejścia ze strony na stronę – płynne, co pozwala automatycznie się wyciszyć i uspokoić, a przede wszystkim – zwolnić. W dobie nieustannego pędu, widocznego również w Internecie, jest to zaleta niezwykle cenna. W efekcie możemy z prawdziwą przyjemnością wybrać interesujący nas artykuł i oddać się jego lekturze.

W górnym pasku, który jest wtopiony w tło, mamy osiem rubryk – każda z nich, to osobna kolumna artykułów. Są to kolejno: fineSOUL, fineSTYLE, fineHOME, fineWAY, fineTIME, fineART, fineFOOD oraz fineSHOP. Poniżej, mniejszymi literami wyświetla się nam informacja o charakterze nawigacyjnym, wskazująca, w jakim miejscu portalu znajdujemy się obecnie (np. „jesteś tu: strona główna”).

W pasku dolnym, w sposób zupełnie nienachalny umieszczone zostały linki do stron polecanych, a także newsletter, kontakt i rubryka ‘o nas’.

Natomiast na środku strony wyświetla się tekst artykułu, opatrzony bogatym profilem zdjęciowym. Poniżej zamieszczam dwa przykłady:

Szata graficzna jest tutaj szczególnie interesująca. Zamieszczone fotografie są bardzo dobre jakościowo. Kolory nie męczą oka i tworzą harmonijną całość z resztą strony.

Ciekawym rozwiązaniem jest także pasek nawigacyjny, który wyświetla się poniżej tekstu w momencie, gdy otworzymy wybrany artykuł. Za pomocą strzałek możemy przejść do kolejnych stron albo cofnąć się do poprzednich. Istnieje także możliwość wyświetlenia magazynu w trybie pełnoekranowym, co pozwala jeszcze lepiej skoncentrować się na lekturze. Najbardziej jednak spodobały mi się miniaturki kolejnych stron artykułu jako alternatywna forma poruszania się po tekście.

Cóż jeszcze… po kliknięciu na ikonę odpowiedniego działu nie przechodzimy automatycznie do najświeższych treści, ale mamy wgląd w całe archiwum uporządkowane chronologicznie. Być może dla kogoś minusem tu będzie, że nie ma linka, który przenosiłby nas do strony umożliwiającej wyszukanie tekstu po nazwisku autora lub po dacie publikacji – mi osobiście to nie przeszkadza. Artykuły wyświetlane są w dwuszeregu, po pięć w jednej linii i każdy opatrzony jest zdjęciem pod którym znajduje się tytuł. Pasek poniżej umożliwia szybkie sprawdzenie dowolnie wybranej przez nas strony, bez konieczności klikania kolejno po jednej, aż dojdziemy do tej, która nas interesuje.

Z kwestii technicznych powiem jeszcze, że strona ładuje się szybko, nie zawiesza się – przynajmniej mi się nie zdarzyło tego doświadczyć -, także naprawdę pozwala w pełni rozkoszować się zawartymi w niej treściami.

Założycielką jest Lidia Popiel, która za główny cel tego magazynu postawiła sobie stworzenie luksusowego miejsca w sieci „dla miłośników dobrego i interesującego życia.”

Cóż mogę więcej powiedzieć – wejdźcie na stronę www.finelife.pl i przekonajcie się sami, czy i dla Was stanie się miejscem wytchnienia w internetowej dżungli!

Animacja od kuchni

Jakby ktoś jeszcze nie słyszał to proszę bardzo- oto ciekawe wydarzenie na Ikapie:

Studenci Wiedzy o kulturze Instytutu Kultury Polskiej UW zapraszają na konferencję Animacja kultury od kuchni.

Konferencja odbędzie się w dniach 13-14.01.2011 w budynku Instytutu Kultury Polskiej (ul. Krakowskie Przedmieście 26/28)

program konferencji znajdziecie tu:

http://www.facebook.com/event.php?eid=185974281418636

Barwy sieci

Kolor – obok pozycji obrazów w tworzeniu danej strony, zastosowanego w niej podziału na poszczególne moduły oraz stosowanych czcionek, stanowi jeden z ważniejszych elementów ewolucji stron internetowych. Pierwsze strony www dziś – z perspektywy powszechnej dostępności edytorów WYSIWYG (What You See Is What You Get) – rażą dość sporą topornością. Jednym z połączeń estetycznych, które w naszych głowach często uważane jest za wyjątkowo fatalne, jest białe tło z ciągłym tekstem napisanym w Times New Roman. Poziom rozwoju skomplikowania kodu tworzonych stron w dużej mierze dostosowany był do ograniczeń technologicznych, takich jak niska przepustowość łącza modemowego czy mniejsze rozdzielczości monitorów. Inne niż biały kolory to zmniejszały, to zwiększały swój udział w powierzchni strony, nierzadko wpływając na zupełną zmianę jej odbioru, niezależnie od ewolucji prezentowanych na nich treści.

By pokazać ewolucję i zróżnicowany stopień zmian, jakie zaszły na poszczególnych stronach, wpisałem w pasek adresu mojej przeglądarki internetowej http://www.archive.org/index.php – to strona, przechowująca zarchiwizowane strony internetowe z całego świata, umożliwiająca między innymi prowadzenie badać nad wizerunkami używanych przez nas dziś stron internetowych. Zdecydowałem się na sprawdzenie zmian, jakie na kilku z nich zaszły w latach 2000-2011, porównując ich aktualne wcielenia z ich dawnymi wersjami.

Na wstępie należy zaznaczyć, że choć w poszczególnych latach istniały pewne dominujące tendencje w sieciowym dizajnie (jak na przykład widoczna na wielu stronach tendencja do stosowania w miejscu różnorodnych kolorów odcieni szarości), to jednak nie oznacza to, że nie powstają w tym samym czasie mniej lub bardziej popularnych stron idących im pod prąd. Dobrą ilustracją wspomnianej przeze mnie tendencji będzie strona WirtualneMedia.pl, prezentująca informacje dotyczące rynku medialnego w Polsce i na świecie. Porównajmy wersje z lat 2003, 2005 i 2011.

Wirtualne Media 2003

Wirtualne Media 2005

Wirtualne Media 2011

Różnica widoczna jest na pierwszy rzut oka – w roku 2003 autorzy strony nie widzieli niczego złego w tym, że ma ona dość szeroką paletę barw – sporo osób korzystało wówczas jeszcze z modemów, więc mogło nie przepadać za dużą ilością długo ładujących się zdjęć. Jednocześnie – ze względu na wysokie koszty połączenia – czas spędzany w sieci był znacznie krótszy niż dziś, więc feeria barw nie była wówczas tak męcząca. W 2 lata później przejrzystości i szarości było już więcej, nadal jednak za słuszne uznawano chociażby wyszczególnienie różnymi kolorami na górnej belce poszczególnych działów strony. Dziś zakres używanych w silniku strony barw i odcieni można by zliczyć na palcach jednej ręki – zwiększa się za to ilość zdjęć na stronie głównej, które mają ogniskować wzrok i stanowić dodatkowy materiał informacyjny.

Onet 2001

Onet 2005

Onet 2011

Im dana strona i firma/organizacja ją firmująca większa, tym bardziej dba o to, by zmiany w jej zakresie były raczej ewolucyjne niż rewolucyjne. W ciągu 10 lat nadal widzimy obecność pewnych funkcjonalności na stronie głównej Onetu. Zwiększanie szerokości strony z początku oznacza powiększenie się ilości kolorów strony, po czym trend „wybielania” dociera także do polskiego portalu. Charakterystyczny staje się fakt ograniczania palety barw jako elementu budowania marki – w Onecie widoczne jest to poprzez fakt, że belki i tekst mają być błękitne (ewentualnie szare na nowym, lewym pasku bocznym), a żółte tło zachowują już nieliczne elementy, takie jak usługi na górnej belce, które muszą się wyróżnić na niebieskim tle, czy też tło tytułów na głównej fotografii. Co nie pasuje do takiego modelu, na przykład żółte tło wyszukiwania z roku 2001, widoczne jeszcze 4 lata później, ostatecznie ulega presji na uspójnienie kolorytu strony. Kolor wyraźnie służyć tu ma oddzieleniu funkcjonalności i skupieniu na nich uwagi. Inne barwy lewego paska bocznego mają pokazać, że jest on nową (gotową na personalizację) jakością, stonowanie całości strony sprawia zaś, że pierwszym, co przykuć ma nasz wzrok, są fotografie promujące „tematy dnia”.

Gazeta 2003

Gazeta 2005

Gazeta 2011

Nieco inaczej sprawa ma się ze stroną główną serwisu Gazeta.pl – o ile bowiem Onet nie miał za sobą bagażu tradycyjnego medium, o tyle portal Agory – owszem. Zmiany na stronie poszły w kierunku ograniczenia z początku dość mocno obecnego czerwonego koloru, dbając jednocześnie o jego pozostawienie jako elementu dekoracyjnego w ramach swego rodzaju „ciągłości korporacyjnej tożsamości”. Czerwień – jako że w powszechnym odczuciu kojarzy się z emocjami, co w przestrzeni medialnej wiąże się z jej wykorzystywaniem raczej przez tabloidy niż gazety opinii – zmieniła swoją rolę z koloru dominującego do jedynie uzupełniającego wobec aktualnie dużo bardziej widocznego granatu. Widać tu pewne tendencje do ujednolicania i wybierania już przetestowanych praktyk kolorystycznych (zmniejszanie palety barw i jej stonowanie), dawniej dominującą czerwień traktuje się zaś – tak jak „onetową” żółć – jako detal, mający odróżniać od innych portali. Warto zauważyć, że nawet jej odcień uległ zmianie tak, by nie rozpraszał uwagi osób czytających stronę, a kiedy już to robi – na przykład przy prezentowaniu ważnych wydarzeń „z ostatniej chwili”, kiedy zastępuje granat przy fotografiach – czyni to analogiczne do żółci, pomarańczu czy czerwieni pasków w kanałach informacyjnych.

Gruene 2000

Gruene 2005

Gruene 2011

Jak już pisałem, nie jest rzecz jasna tak, że wszystkie strony poddają się „terrorowi bieli i szarości” – w dużej mierze zależy to od tematyki danej strony, ale też technologii jej wykonania. Te które w przeważającej mierze wykorzystują Flasha mogą mieć zupełnie inny dominujący kolor (na przykład czarny albo ciemnoniebieski, ale nie tylko – strona TVN 7 tonie w odcieniach fioletu, zupełnie innych, niż ten sam kolor wykorzystany prze Chilli Zet), również tematyka strony często wpływa na wykorzystanie takich czy innych barw. Witryny poświęcone grom komputerowym – dla przykładu – bieli raczej unikają, zmierzając w kierunku bardziej „młodzieżowych” czy też po prostu dynamicznych kolorów, takich jak połączenie ciemniejszych odcieni szarego z pomarańczowym i czarnym (vide gamespot.com).

Jeszcze inaczej sprawa ma się z partiami politycznymi. Tu z kolorów kojarzonych z reprezentowanymi ideami korzysta się nad wyraz chętnie. Kiedy spojrzymy na stronę niemieckich Zielonych, to niezależnie od okresu dziejowego nie sposób nie natknąć się na ten kolor. Zmienia się za to jego zastosowanie – szczególnie ostatnio, gdy wraz z przyspieszeniem połączeń technologicznych, ale też nowymi technikami prezentacji treści na stronie (np. ruchomym „migaczem”) z koloru można korzystać zupełnie inaczej niż 10 lat temu. Wtedy wystarczył nieduży wpis w kodzie strony, by zmienić barwę czcionki bez znaczącego wydłużania okresu wczytywania się treści. Dziś czcionka może już być czarna bądź biała – atrakcyjną tapetą wypełniającą tło można wypełnić przestrzeń, która gdzie indziej pozostaje biała. W ten sposób nie ma się wątpliwości, czyją stronę właśnie się odwiedza. Jednocześnie – jeśli jakaś sprawa jest „paląca”, to zamiast zmieniać kolor na czerwony, jak na stronie Gazeta.pl, można zmodyfikować odcień tła i zamiast słonecznika umieścić nań dajmy na to przekreślone elektrownie atomowe. Przestrzeń kolorowa nie musi zatem być „dającym po oczach” obszarem wypełniającym stronę, ale też komunikować pewne treści. Jak na razie tego typu zastosowanie koloru nie jest jeszcze rozpowszechnione, chociaż kto wie, czy nie jest kwestią czasu.

ZW Pierwsze

ZW 2010

ZW 2011

AVPS

O tym, w jaki sposób technologia wpływa na kolory Internetu, może najlepiej świadczyć Blogger. Osoby tworzące bloga na tym silniku od lat znajdują się w ciągłym dialogu między dominującymi w sieci stylami a proponowanymi przez serwis szablonami. W ich obrębie możliwość dostosowania koloru czcionek czy tła jest całkiem spora, co daje możliwość (albo przynajmniej iluzję) niemal pełnego potencjalnego spersonalizowania tworzonej przez siebie strony. Niedawna zmiana w projektancie szablonów, przynosząca zupełnie nowe wzory kompozycyjne, wpłynęła na dość istotną zmianę w tworzonych w serwisie blogach, co widać m.in. w serwisie piszącego niniejsze słowa. Z początku powstał on na kolorowym szablonie, następnie na kilka chwil wykorzystał „modę na minimalizm”, po czym wrócił do aktywnego zapełniania pustej przestrzeni, nie zajętej przez tytuł, linki czy posty, przez zieleń.

Nie bez znaczenia dla transformacji estetycznej blogów były same szymele, zaproponowane przez Bloggera, aktywnie zachęcające do rezygnacji z białego tła. Jedną z nowych możliwości staje się wykorzystanie fotografii – zarówno własnej, jak i z bogatego zestawy serwisu Google. Ich wykorzystanie (widoczne na przykładzie bloga A Very Public Sociologist) znacząco, wręcz rewolucyjnie zwiększa paletę barw na blogach. Jednocześnie technologia ta na słabszych komputerach wpływa na wydłużenie wczytywania się strony bądź wolniejszą nawigację po niej – wygląda na to, że obecność koloru, niegdyś używanego jako element mający zakryć technologiczne słabości ówczesnych stron www, dziś wraca jako przykład ich rozwoju, a wspomniany w tekście Flash czy Blogger dają szansę na renesans „kolorowego Internetu”.

Jeden dzień w „Second Life” – relacja

Wysłany na badawczą wyprawę po rubieżach Sieci, przeżywszy szereg przygód, przezwyciężywszy liczne trudności, powracam w glorii i chwale ażeby zdać relację (wreszcie…) z mojego pobytu w „Second Life”. Nie trwóżcie się, jestem cały – nikt nie ucierpiał. Choć kroczyłem niebezpieczną ścieżką, choć raz po raz zbliżałem się do granicy, poza którą tylko otchłań szaleństwa, to uniknąłem – cyfrowym bóstwom niech dzięki będą – najgorszego. Teraz zaś mogę podzielić się z Wami moją opowieścią…

Początek, jak to bywa zazwyczaj, nie zwiastował przyszłych okropieństw – instalacja nowej (ach! te nowości…) przeglądarki „Second Life” zajęła zaledwie chwilę i nim się obejrzałem, świat stał przede mną otworem. Świat nie byle jaki – wypełniony zasadniczo WSZYSTKIM (świat futurystycznych wizji i sielankowych wzgórz Szkockiej prowincji, świat podwodnych miast i gotyckich zamków, świat wirtualnych przedmiotów, których cała mnogość i ludzi wyglądających tak, jak tylko sobie zamarzą), przepastny, wielki, po którym można zarazem poruszać się w mgnieniu oka.

Tak oto wygląda mapa świata w "Second Life"

To już przybliżenie i wycinek mapy

Większe przybliżenie...

A tu widok na poszczególne wyspy stworzone przez użytkowników

Zanim powrócę do mej opowieści, parę słów wyjaśnienia. Czym bowiem jest „Second Life” tak naprawdę? Nie, nie jest grą, jak można naiwnie sądzić. To wirtualne środowisko, które współtworzą użytkownicy (przeglądarka SL zaopatruje nas w odpowiednie narzędzia do tworzenia obiektów – od przerabiania fizjonomii naszego awatara począwszy na budowaniu własnych wysp skończywszy) i w ramach którego istnieć mogą różne przestrzenie. Nie jest to gra, choć w samym świecie można oczywiście grać – bić się z innymi użytkownikami w turniejach, wcielać się w detektywów i rozwiązywać zagadki, grać w gry na automatach (typu jednoręki bandyta) itp.

Kontynuując jednak… Pierwsze kroki w „Second Life” stawiałem dość pewnie, krótkie wprowadzenie w mechanikę nie onieśmieliło mnie, zaskoczeń nie było. Tak się chodzi, tak siada, tak lata, tak posługuje się mapą etc. Prawdziwe wyzwania pojawiły się później. A dokładniej w momencie, gdy po trzech godzinach latania bez sensu po wyspach i wysepkach, po odwiedzeniu kilkudziesięciu lokacji i wciąż nie spotkawszy żywego ducha, postanowiłem sobie pomóc. Wpierw jednak trafiłem do dziwnego zamczyska w którym zobaczyłem wreszcie ludzi – czy raczej różne monstra (wampiry stanowiły najnormalniejszą grupę pośród tej menażerii) w które wcielili się użytkownicy – co wbrew pozorom, niezmiernie mnie uradowało. I tu pierwsze zaskoczenie. Wirtualne postacie stały sobie spokojnie i właściwie nieruchomo, w jednym miejscu. Urządziłem sobie pomiędzy wszystkimi idiotyczny slalom i po paru minutach oczekiwania na cokolwiek (na odrobinę życia…), błysnąłem inteligentnym pytaniem: „Hej. Co się tu właściwie dzieje?”. Niestety odpowiedź nigdy nie padła. Spędziłem tam ponad dwadzieścia minut ponawiając czasem pytanie, aż w końcu serwer postanowił skrócić moje męki i rozłączył mnie.

Gdy wróciłem po chwili, wyruszyłem szukać owej pomocy. Help Island było właśnie tym miejscem, w które skierowałem swe kroki (a raczej, w które się teleportowałem). Tam pytanie „O co w tym wszystkim chodzi?” było już zasadne – ale, bogowie, jakże nieostrożne. Wiadomości na ogólnym chacie zaczęły płynąć strumieniami: pytania, sugestie, podpowiedzi, adresy konkretnych lokacji, propozycje przystąpienia do grup… Ale najgorsze miało jeszcze nastąpić. „Jak ty człowieku wyglądasz?” – rzucił jeden z użytkowników widząc mojego domyślnego awatara. I rozpętało się piekło. Nagle wszyscy zaczęli wysyłać mi wiadomości, każdy miał listę sklepów dla początkujących, w których mogłem zaopatrzyć się w jakieś ciuchy za darmo, a ja tymczasem nie nadążałem z dołączaniem nowych adresów do mojej wirtualnej książki adresowej, przy tym zasypywano mnie notatkami, których przeczytanie wymagałoby kilku godzin. Nie miałem wyjścia, musiałem uciekać. Uciekłem…

A potem ruszyłem do sklepów. Postanowiłem sprawdzić pierwszy z brzegu, Freebie Galaxy.

Tak, to tu

Sklep, wyglądający trochę jak stacja kosmiczna, cały po brzegi wypełniony był rzeczami. Wirtualnymi rzeczami, które można było w większości dostać za darmo (tylko niektóre wymagały posiadania pieniędzy – Linden dolarów, które należy kupić za prawdziwe dolary…).  A skoro rozdają za darmo, to wiadomo, trzeba brać.

Tak kochani, ten pasiasty garnitur, kapelusz i cygaro są właśnie stąd

Koszulkę z Bobem Marleyem lub Marilynem Mansonem?

Można też kupić sobie dom, jest dział z meblami, można zaopatrzyć się w nowe animacje postaci...

Trzy godziny później zrozumiałem istotę „Second Life’a”. Naprawdę.

Piętnaście pięter... Tak, piętnaście pięter wypełnionych rzeczami...

Potem zaś poczytałem kilka notek od przyjaznych – choć niebezpiecznych – bywalców Help Island i postanowiłem skoczyć w moich nowych ciuchach do klubu. W pierwszych kilku nie było mi dane się wylansować – chyba, że przed ponurą obsługą – ponieważ świeciły pustkami. Ale potem trafiłem do niezwykle romantycznego miejsca, idealnego aby znaleźć sobie miłość drugiego życia… Oto i ono.

Elegancja, klasa, miła muzyka i obsługa - idealne miejsce by potańczyć i zabawić damę konwersacją. Nawet jeśli dama jest facetem...

Chwilę popodpierałem ściany, powłóczyłem się w tę i nazad, dosiadłem się do jakiejś eleganckiej damy, ona jednak zwiała nim zorientowałem się jak chatować na privie, a potem pojawiła się ona… Od pierwszego wejrzenia wiedziałem, że jest inna niż wszystkie – wyglądała niemal jak jeden z domyślnych kobiecych awatarów, a wierzcie mi, takich nie spotyka się prawie wcale. Gdy do niej zagadałem, spostrzegłem z radością, że pisze na chacie prawie tak wolno i nieudolnie jak ja… Nie potrafiła korzystać z gestów, poruszała się niepewnie, pomyliła z kelnerką przypadkową postać, która przechodziła obok… Moja miła, stara holenderka. Spędziłem ponad godzinę na rozmowie z tą niewiastą i pojąłem istotę „Second Life’a” do końca.

Tak, moi drodzy… Poza dużą ilością pornografii i hazardu (odsyłam do opinii niejakiego Chrisa Pirillo na youtubie – podałem w linkach), w „Second Life” chodzi właśnie o to. Żeby posiadać mnóstwo rzeczy i żeby chatować z ludźmi na privie.

Amen.

Brzmi świetnie, co? Ja bawiłem się znakomicie (dla odstresowania musiałem potem zamordować kilka tuzinów niewinnych ludzi w „Postalu 2″ – grze pełnej cudownie bezsensownej przemocy).

Linki:

http://www.slindex.com/ – niezła strona dla początkujących, sporo informacji o SL i ponadto wykaz najlepszych klubów (jej…)

http://www.youtube.com/watch?v=icbXWFK33A4&feature=related – tak wygląda pierwsza lokacja, którą zobaczymy w SL

http://www.youtube.com/watch?v=vj0J1S4MZPI – Chris Pirillo „What happened to Second Life?”

http://www.youtube.com/watch?v=RSTb4PL8C-o&feature=related – odpowiedź jednego z użytkowników SL skierowana do Chrisa Pirillo

http://www.youtube.com/watch?v=Yk5wrZ98Ll8&feature=channel – Chris Pirillo „Second Life tour”

http://secondlife.com/ – strona główna Second Life

http://www.youtube.com/watch?v=pU5M-vlm0PA – Postal 2 i kilka powodów dla których ta gra pozostaje nieśmiertelna… (i niech mi ktoś powie, że Simsy są lepsze)

PS. SL rzeczywiście laguje (spowalnia – mówiąc po ludzku) potwornie. Miałem ochotę wydłubać sobie oczy. Poza tym obiekty ładują się godzinami…

Powieść hipertekstowa – ładna i pomysłowa! Czyli jak uczynić horror pięknym.

W związku z pojawiającymi się zarzutami, że powieści hipertekstowe, czy też projekty multimedialne, są ubogie wizualnie, a świat, który budują, nie ma wiele do zaoferowania odbiorcy, przedstawiam powieść hipertekstową, która w pięknym stylu odpiera owe zarzuty!

„Deviant: The Possession of Christian Shaw to praktyczna część rozprawy doktorskiej Donny Leishman i zarazem świetnie poprowadzona historia osadzona  w 1696 r, w czasach procesów czarownic i palenia na stosach. Opowiada historię  jedenastoletniej dziewczynki Christian Shaw (nie bez znaczenia dla historii jest tu imię Christian – katolik, katoliczka) i jej demonicznego opętania, która figuruje w szkockiej dokumentacji z tamtych czasów.

Projekt warty jest uwagi ze względu na nietypowe podejście zarówno do narracji, jak i relacji czasowo – przestrzennych (pełną analizę tych zagadnień oraz informacje na temat powstawania projektu znajdziecie na stronie Donny Leisham) . Niewiele tu pada słów. Czytelnik tego niezwykłego tekstu nie otrzymuje wskazówek, jak postępować, nie jest w żaden sposób prowadzony poprzez historię, ale żeby odkrywać jej poszczególne fragmenty, musi zmienić się w uważnego eksploratora detalu. Każdy najmniejszy drobiazg może być bowiem przepustką do nowej rzeczywistości – niejako warstwowo nałożonej na tę, którą już znamy. Aczkolwiek trzeba zauważyć, że kolejne tablice zmieniają się często tylko nieznacznie w stosunku do poprzednich – dodawane są małe punkty nawigacyjne. Niejednokrotnie jednak dodane elementy nie mają żadnego funkcjonalnego znaczenia, a czytelnik może bez końca klikać w małe kwiatuszki po to tylko, by… strącać z nich płatki! Takie psikusy, które płata nam badana rzeczywistość jest niejako refleksem osobowości Christian, która jako dziecko ma w sobie naturalną chęć do gier i psikusów oraz bujną wyobraźnię – dlatego też świat, po którym porusza się dziewczynka (oraz czytelnik) jest nieprzewidywalny, nielogiczny i bajecznie kolorowy. Jest to zarazem wyraz kategorycznego buntu przeciwko koherentnej narracji – bardziej istotny jest tu proces badania, odkrywania tajemnicy, poznawczego błądzenia i budowania nastroju od opowiadania zdarzeń w ciągu przyczynowo-skutkowym..

Kreowany nastrój jest niesamowity – niepokój i jakieś niewypowiedziane napięcie wyzierają z każdego zakamarka powieściowego świata. Dokonując progresu w historii, czytelnik nie ma możliwości cofnięcia się do wcześniejszych etapów. Jest to, jak zwraca uwagę sama autorka, element, który wzmaga poczucie zagrożenia i niejako „uwięzienia w historii”.

Sama opowieść to poza tym interesująca gra z różnymi warstwami czasowymi – historia opętanej dziewczynki, jak przypomina autorka, sięga do czasów historycznie odległych, jednak wizualnie zostaje przeniesiona do współczesności – nowoczesne budynki to nie jedyny tego wyznacznik. Wewnątrz opowieści czas płynie – zmieniają się pory roku itd., jednakże poprzez fakt wspomnianego „uwięzienia” w historii mamy w pewnym sensie do czynienia z czasem zamrożonym, z którego nie ma możliwości wyjścia.
Na stronie Donny Leisham możecie odkryć fascynujące światy jej wcześniejszych projektów: Czerwonego Kapturka, również przesiąkniętego niepokojem i tajemnicą czy Krwawej Komnaty, będącego (a jakże) efektem mrocznych fascynacji.

Leisham, obecnie pani doktor na Uniwersytecie w Dundee, to ciekawa osobowość, możecie przekonać się o tym w interesującym wywiadzie, który znajdziecie na portalu Flash Goddes.

A dla zainteresowanych tematyką hipertekstualności: rozprawa Donny Leishman na temat tego, czy interaktywność wzbogaca, czy niszczy opowieść: „Does point and click interactivity destroy the story”?

Życzę wszystkim owocnego eksplorowania powieściowych światów Donny Leishman!

Powieść twitterowa

Wykorzystywanie możliwości twittera szybko przekroczyły prostą komunikację. Poza reklamą, komunikacją i przepływem informacji, powstało również zjawisko zwane powieścią twitterową.

Powieść twitterową można podzielić na dwie kategorie:

  1. „Short stories” czyli mikroproza – teksty mieszczące się w 140 znakach. Do najbardziej popularnych należą #sixwordstory. Na przykład:Powstają też zwykłe „short stories”, o długości do 140 znaków, wszystkie niezależne od siebie, jak na twitterze @VeryShortStory.
  2. „Twitter novels” –  dłuższe powieści twitterowe, tworzone przez ciąg wpisów.  Autorem może być jedna osoba, np. @TheTwiterNovel – tekst jest nawet podzielony na rozdziały. Powstają też  powieści pisane wspólnie przez wielu użytkowników twittera. Na @mysticquest czytelnicy dodają kolejne postacie, a na podstawie ankiet wybierają dalszy kierunek fabuły.  Innym przykładem twitterowej książki jest projekt BBC Audiobooks: Pisarz Neil Gaiman rozpoczął wpisem „Sam was brushing her hair when the girl in the mirror put down the hairbrush, smiled & said, <<We don’t love you anymore.>>” . Następnie czytelnicy sami wysyłali swoje pomysły na rozwinięcie historii. Wyselekcjonowany tekst BBC wydało w formie audiobooka, który za darmo do przesłuchania i ściągnięcia dostępny jest tutaj.

Pierwsza próba utworzenia powieści twitterowej była dość nieudana, jej krótkie losy można prześledzić na stronie @Powiesc.

Źródła:

Novelist writes Book via Twitter

http://astoriedcareer.com/2009/04/telling-stories-with-twitter.html

http://piotrweresniak.com/2009/08/24/mikroproza-do-czego-jeszcze-moze-sluzyc-twitter/

http://futureperfectpublishing.com/2009/11/15/murder-she-twote-here-come-the-twitter-novels/

Tekst vs hipertekst

Czym jest hipertekst chyba nikomu wyjaśniać nie trzeba. Zamiast definicji proponuję kilka linków, jako wstęp do dyskusji.  Na początek coś krótkiego i ostrego, czyli rzecz o toczącej się wojnie: the battle of hyper/text

Ze względu na niezapomniane wrażenia muzyczne polecam też Hypertext vs Linear Text

Jeśli chodzi o pierwszą polską powieść hipertekstową, czyli BLOK Sławomira Shutego, to w sieci można znaleźć przeprowadzony kilka miesięcy temu wywiad z autorem. Oto fragment jego wypowiedzi:

„Pracując nad BLOKIEM, nie miałem zamiaru urzeczywistniać form literatury sieciowej, nie kierowało mną także poczucie odpowiedzialności. Zainteresowanie hipertekstem było czysto spontaniczne, a wręcz hasłowe – zainspirował mnie artykuł w jednym ze starych numerów Brulionu zatytułowany “Super Mario Brothers Karamazow”. Jako dziecko postmodernizmu zapaliłem się do związku sieci i tekstu. W rezultacie postanowiłem dokonać recyklingu swoich tekstów związanych z życiem w bloku. Przyznam, że w moim przypadku czyn wyprzedza myśl, o ile ta w ogóle się pojawia; moje działania nie mają z reguły podbudowy intelektualnej.”

Natomiast całość można przeczytać tutaj

I na końcu coś dla ludzi, którzy chcieliby dowiedzieć się więcej: serwis Techsty – literatura i nowe media.

NETNOGRAPHY

Spóźniona srodze notka o netnografii…

NETNOGRAPHY nazwać można gałęzią online etnography – niekiedy nawet utożsamia się te pojęcia, definiując je oba jako badania interakcji społecznych zapośredniczonych przez komputery, wykorzystujące metody „klasycznej” etnografii, szczególnie metodę obserwacji uczestniczącej. Takiej definicji trzyma się autor pojęcia netnografii (ukutego w 1997 r.) , Robert V.Kozinets. Dodatkowo podkreśla on, że dzięki archiwizacji danych w sieci netnografia ma niezwykle szerokie pole badań: „to tak, jakby mieć dostęp do zapisów wszystkich społecznych kontaktów w danej kulturze lub wszystkich interakcji w jakie wchodzi określona jednostka”.*

Jednak częściej spotkać można definicję czyniącą spore przesunięcie, i według niej:

NETNOGRAPHY to badania internetowych interakcji społecznych metodami etnograficznymi – ALE badania te są podporządkowane celom marketingowym .

By zbadać zachowania i odczucia konsumenckie , netnografia korzysta z dostępu do for internetowych, list mailingowych, czatów, ect. – wszystko podporządkowane śledzeniem popularności danej marki…

I z jednej strony:
- W tym przypadku ani etos etnografa, ani wzniosłe ujęcie pracy na rzecz nauki nie usprawiedliwia tego, że w sposób niezauważony przedstawiciel firmy Pepsi będzie grzebał nam po forum w poszukiwaniu wzmianek o tym, jak to dobrze Pepsi pić…

A z drugiej strony:
- … jeśli tak bardzo chcemy wyrazić, że jednak dobrze Pepsi pić, sieć daje nam tę niezrównaną okazję, a netnografia zakłada, że nasze zdanie będzie zauważone, co więcej, może mieć (teoretycznie) wpływ na kształt firmy, i , dajmy na to, wpłynąć na dostępność naszej kochanej Pepsi.

Przykład: wydawca komiksowy przed rozpoczęciem starań o licencje na dany tytuł zagraniczny, odwiedza polskie fora fanowskie i notuje, jaki tytuł jest na topie. Wydaje popularny tytuł – wydawca ma więcej pieniążków (bo fanów tytułu jest dużo), fani (w dużej liczbie) mają swój ulubiony tytuł po polsku.

I wszyscy są szczęśliwi…

No, może po za etnografem?…

* cytat za : http://www.artpapier.com/?pid=2&cid=15&aid=2490

Źródła:

http://www.artpapier.com/?pid=2&cid=15&aid=2490

http://en.wikipedia.org/wiki/Netnography

http://en.wikipedia.org/wiki/Online_ethnography

http://frontpage.cbs.dk/insights/pdf/670005_beckmann_langer_full_version.pdf

Digital Ethnography

Na Kansas State University antropolog Michael Wesch razem ze swoimi studentami od kilku lat zajmują się badaniem m.in. wpływu nowych mediów na relacje międzyludzkie, na nasze postrzeganie rzeczywistości.  Szczególnie przyglądają się fenomenowi YouTube’a (YouTube Project)  – tam też umieszczają od 2007 roku wiele interesujących klipów.

Strona grupy: http://mediatedcultures.net

Kanał na YouTube: http://www.youtube.com/user/mwesch

Na początek: Introducing our YouTube Ethnography Project, An anthropological introduction to YouTube


Polecam obejrzeć szczególnie: Web 2.0 … The Machine is Us/ing Us (już pojawił się ten filmik na blogu we wpisie z 28.02.08 w kontekście Web 2.0) oraz Information R/evolution