Blog zajęciowy

Blog towarzyszył dwóm edycjom zajęć „Antropologia internetu” prowadzonych dla studentów Instytutu Kultury Polskiej UW w roku 2007/2008 i 2010/2011, poświęconych analizie internetu jako medium kulturowego i jako przestrzeni społecznej.

Espen Aarseth sugeruje, że „badania nowych mediów muszą stanowić odrębną, autonomiczną dyscyplinę, która powinna zajmować się historycznymi, estetycznymi, kulturowymi i dyskursywnymi aspektami digitalizacji społeczeństwa”. Przyglądaliśmy się nowym mediom w kontekście ekspresji, reprezentacji, estetyzacji życia codziennego oraz ich osadzenia w kanonach piękna oraz relacjach władzy.
W trakcie zajęć zajmowaliśmy się taki zagadnieniami, jak: hipertekstowość, interaktywność, multimedialność i multimodalność treści internetowych, interfejsy, dizajn stron internetowych i programów w kontekście projektowania doświadczenia użytkownika, estetyzacja i personalizacja własnych przestrzeni komputerowych, materialność i wirtualność. Istotne okazały się kategorie wielokulturowości i imperializmu kulturowego. W każdym z przypadków refleksja teoretyczna była poparta analizą konkretnych praktyk i kontekstu społecznego – przyjrzeliśmy się między innymi konstruowaniu tożsamości w różnych środowiskach internetu, aplikacjom webowym, serwisom społecznościowym, mapom Google.

Blog powstał w wyniku współpracy prowadzącej, Anny Rogozińskiej, ze studentami przygotowującymi mini-projekty badawcze / uzupełniającymi zajęcia o dodatkowe konteksty i źródła. Tym samym konwersatorium stało się też rodzajem projektu medialnego, który łączył teoretyczną refleksję nad internetem jako medium kulturowym z praktycznym rozpoznawaniem jego różnych środowisk.

Lektury

Lista lektur, która towarzyszyła drugiej edycji zajęć.

1. Antropologia praktyk internetowych – w stronę estetyki internetu

- Arturo Escobar, Welcome to Cyberia: Notes on the Anthropology of Cyberculture, w: The Cybercultures Reader, red. David Bell, Routledge, London and New York 2002.

- Christine Hine, Internet as Culture and Cultural Artifact, w: Virtual Ethnography, Sage Publications, London 2000.

- Daniel Miller i Don Slater, Relationships, w: The Internet: An Ethnographic Approach, Berg, Oxford & New York 2000.

2. Kultura cyfrowa

- Charles Jonscher, Chip: łowca dusz, w: Życie okablowane, przeł. Lech Niedzielski, Muza, Warszawa 1999.

- Lev Manovich, Czym są nowe media, w: Język nowych mediów, przeł. Piotr Cypryański, WAiP, Warszawa 2006.

- Lev Manovich, Understanding Meta-Media, w: Critical Digital Studies, red. Arthur i Marilouise Kroker, University of Toronto Press, Toronto 2008.

- Donna Haraway, Gene: Maps and Portraits of Life Itself, w: Modest_Witness@Second_Millenium, Routledge, 1997.

3. Hipertekst

- George P. Landow, Hypertext 3.0: Critical Theory and New Media in an Era of Globalization, The Johns Hopkins University Press, Baltimore 2006 (fragmenty).

- Liternet. Literatura i internet, red. Piotr Marecki, Rabid, Kraków 2002.

4. Interaktywność

- Laura J. Gurak, Speed, Reach, Anonymity, Interactivity, w: Cyberliteracy: Navigating the Internet with Awareness, Yale University Press, New Haven and London 2001.

- Henry Jenkins, Photoshop dla demokracji: nowe związki polityki i kultury popularnej, w: Kultura konwergencji. Zderzenie starych i nowych mediów, przeł. Małgorzata Bernatowicz i Mirosław Filiciak, WAiP, Warszawa 2007.

5. Multimedialność

- Jay David Bolter, Eksplozja obrazów, przeł. Jolanta Mach, w: Ekrany piśmienności, red. A. Gwóźdź, WAiP, Warszawa 2008.

- Jay David Bolter i Richard A. Grusin, Remediation: Understanding New Media, MIT Press, Cambridge MA 2000 (fragmenty).

6. Materialność / wirtualność

- Jean Baudrillard, Precesja symulakrów, w: Symulakry i symulacja, przeł. Sławomir Królak, Sic!, Warszawa 2005.

- N. Katherine Hayles, Stan wirtualności, przeł. Jolanta Mach, w: Ekrany piśmienności, red. A. Gwóźdź, WAiP, Warszawa 2008.

7. Interfejs

- Lev Manovich, Interfejs, w: Język nowych mediów, przeł. Piotr Cypryański, WAiP, Warszawa 2006.

- N. Katherine Hayles, Traumas of Code, w: Critical Digital Studies, red. Arthur i Marilouise Kroker, University of Toronto Press, Toronto 2008.

8. Estetyka web 2.0

- Robert Burnett i P. David Marshall, The Look of the Web, w: Web Theory: An Introduction, Routledge, London and New York 2003.

- Lawrence Lessig, Remiks, przeł. Rafał Próchniak, WAiP, Warszawa 2008.

9. Projektowanie doświadczenia użytkownika

- Axel Bruns, Blogs, Wikipedia, Second Life, and Beyond: From Production to Produsage, Peter Lang, New York 2009 (fragmenty).

- Adrienne Massanari, Dot-Coms and Cyberculture Studies: Amazon. com as a Case Study, w: Critical Cyberculture Studies, red. David Silver i Adrienne Massanari, New York University Press, New York 2006.

10. Personalizacja / estetyzacja własnej przestrzeni

- Henry Jenkins, “Quentin Tarantino’s Star Wars”? Twórczość ludowa a przemysł medialny, w: Kultura konwergencji. Zderzenie starych i nowych mediów, przeł. Małgorzata Bernatowicz i Mirosław Filiciak, WAiP, Warszawa 2007.

11. Konstruowanie tożsamości – aspekty estetyczne

- Patricia Wallace, Sieciowe maski i maskarady, w: Psychologia internetu, przeł. Tomasz Hornowski, Rebis, Poznań 2004.

- Shawn P. Wilbur, An Archaeology of Cyberspaces: Virtuality, Community, Identity, w: The Cybercultures Reader, red. David Bell, Routledge, London and New York 2002.

12. Dizajn a wielokulturowość (estetyka a polityka)

- Lisa Nakamura, Cybertypizacja w efekt rasy w dobie reprodukcji cyfrowej, przeł. Anna Nacher, “Kultura współczesna” 1(59)/2009.

- Sara Diamond, Reframing the Cathedral: Opening the Sources of Technologies and Cultural Assumptions, w: Critical Digital Studies, red. Arthur i Marilouise Kroker, University of Toronto Press, Toronto 2008.

- Mark Poster, Who Controls Digital Culture?, w: Information Please: Culture and Politics in the Age of Digital Machines, Duke University Press, Durham and London 2006.

Web 2.0 czyli chmurki, zaokrąglone krawędzie i machina marketingowa

W temacie Web 2.0 pojawiła się w Sieci niezliczona ilość plotek, ploteczek, anegdot i żartów. Gorzej z konkretnymi definicjami. Większość użytkowników Internetu kojarzy to pojęcie wyłącznie z zaokrąglonymi elementami designu stron internetowych, portalami społecznościowym i Youtube.

A jak jest naprawdę?
Web 2.0 jest koncepcją rozpowszechnioną w 2004 roku przez Tima O’Reilly przy pomocy cyklu konferencji dotyczących rozwoju Internetu i odkrywanych dzięki temu nowych możliwości.
Przed próba scharakteryzowania omawianego pojęcia, warto nadmienić czym Web 2.0 nie jest. Otóż nie stanowi nowego hipertekstowego systemu informacyjnego ani następnej wersji Internetu. Jest raczej rozszerzeniem dotychczasowo dostępnych opcji, powstałym na drodze rozwiązań nie rewolucyjnych, ale ewoluujących.
Pojawienie się Web2.0 poszerzyło pole dla rozwoju kultury Internetu, umożliwiając czynny udział w jej tworzeniu wszystkim użytkownikom Sieci. Dzięki temu Sieć wykształciła własny typ egalitarnego społeczeństwa, w którym każdy może wnieść własną wartość do świata wirtualnego, niezależnie od tego, czy jest studentem w Delhi czy też najemnym pracownikiem na Alasce.

Istnieje kilka typów podziału cech składających się na Web 2.0

Wpierw warto przytoczyć kompilację większości podziałów powszechnie stosowaną przy opisowej charakterystyce pojęcia.
1.Cechy stricte techniczne, takie jak: wykorzystanie mechanizmów umożliwiających dowolnemu użytkownikowi Internetu edytowanie zawartości Sieci; powszechne zastosowanie interfejsów XML, umożliwiających tworzenie kanałów informacyjnych RSS i Atom; wdrażanie nowych technologii, takich jak AJAX czy też Ruby on Rails.
2.Ogólnie pojęte cechy dotyczące udziału społecznego w tworzeniu zawartości Sieci: powszechne nieograniczone generowanie treści; zastosowanie tagów (folksonomia); wykształcanie się społeczności internetowych skupionych wokół konkretnych stron i portali; łatwy dostęp do opinii internautów; wynalazek otwartej licencji (Creative Commons).
3.Cechy wizualne, najczęściej wyróżniane, ale posiadające najmniejszą wagę przy klasyfikacji serwisów internetowych: raczej stonowana kolorystyka, stosowanie gradientów, zaokrągleń i czytelnych czcionek.

Cechy Web2.0 przedstawił również Tim O’Reilly, aczkolwiek dopiero w półtora roku po cyklu konferencji, po serii ognistych dyskusji.
Nie utworzył jednak ścisłej definicji, zamiast tego porównuje on strukturę Sieci w trybie 2.0 do Układu Słonecznego – system jest scentralizowany, pozbawiony silnych bezpośrednich połączeń, opierający się na odniesieniach do wcześniejszych rozwiązań. Tym, co gromadzi całą Sieć jest zbiór praw i ogólnych wyznaczników.
O’Reilly stawia nacisk na koncepcję Sieci jako platformy łączącej przeróżne formy oddziaływania medialnego. Podkreśla znaczenie użytkowników, to oni decydują o formie i zawartości Internetu. Rozrysował swoje twierdzenia w formie przejrzystej mapy myślowej.

Następnie przejdźmy do wyszczególnienia atrybutów ekonomicznych Web 2.0 według Brandona Schauera.
1.Atrybuty podstawowe (Foundation Attributes)– stanowiące bazę modelu ekonomicznego Web 2.0, ale wykształcone w ramach Web 1.0, i same w sobie niewystarczające do zastosowania pojęcia Web 2.0 w odniesieniu do konkretnego serwisu internetowego. Weszły do zastosowania jeszcze przed rokiem 2004, bazując na nich powstały pierwsze platformy blogowe i portal aukcyjny Ebay.
a)User-Contributed Value – duże znaczenie ma wkład w rozbudowę Sieci ponoszony przez jej użytkowników.
b)The Long Tail – zbijanie cen popularnych produktów poprzez zastosowanie Internetu do wzrostu sumy wskaźników sprzedaży produktów mało pożądanych, nie cieszących się dużym zapotrzebowaniem. Mechanizm został scharakteryzowany przez Chrisa Andersona w książce pod identycznym tytułem.
c)Network Effect – wartość danej sieci wzrasta wraz ze wzrostem ilości jej użytkowników.

2.Atrybuty zaawansowane (Experience Attributes) – cechy kolejnego rzędu, w Web 2.0 stanowiące główne narzędzia do generowania informacji, a co za tym idzie – wartości. Wzorcowymi przykładami zastosowania owych atrybutów są serwisy Flickr, Google Maps i Wikipedia.
a)Decentralizacja – nowe rozwiązania wprowadzane są przez użytkowników z ich własnej woli, celem nadrzędnym jest rozwój Sieci a nie interes danej firmy czy korporacji. Nie istnieje żaden środek nadzoru.
b)Kooperacja przy tworzeniu (Co-creation) – użytkownicy współpracują w trakcie kreacji, wartością jednoczącą jest rozwój i postęp.
c)Bieżące wprowadzanie zmian (Remixability) – poszczególne projekty i doświadczenia są na bieżąco modyfikowane i przystosowywane do potrzeb użytkowników, poprzez łączenie możliwości wielu serwisów i organizacji.
d)Systemy emergentne (Emergent Systems) – suma akcji toczących się na najniższych poziomach kształtują formę i wartość danego systemu. Nie tylko użytkownicy czerpią korzyści z systemu, zysk i zmiana są obustronne.
Serwisy wykorzystujące atrybuty zaawansowane dzięki rozmyciu granicy pomiędzy dostawcą, sprzedawcą a konsumentem zapoczątkowały nowe prądy ekonomiczno-kulturalne, skutkujące powstaniem nowych, dotychczas niemożliwych do zrealizowania, idei i rozwiązań.

Opracowanie cech Web2.0 w aspekcie techno-kulturowym według Martina Lindnera.
1.Sieć jako platforma (The Web as a Platform?) – Internet stał się silną platformą gromadzącą wiele typów mediów oraz wprowadzającą innowacje na wielu poziomach – od telefonii, przez telewizję aż po podstawowe wyszukiwanie informacji. Sieć jest metaprzestrzenią niemożliwą do spenetrowania jedynie przy pomocy tradycyjnych przeglądarek. Aplikacje Web 2.0 nie potrzebują już standardowych stron internetowych do przekazywania strumienia informacji, bariera formy pomiędzy zawartością Sieci a użytkownikiem powoli ustępuje, informacja staje się łatwiejsza do uzyskania. Na ta cechę Web 2.0 wskazuje Tim O’Reilly.
2.„Własny kąt” (Point of Presence) – według Kingsleya Idehena strony internetowe początkowo służyły jedynie do przekazywania informacji, nie miały na celu jakiejkolwiek interakcji z użytkownikiem i nie przeznaczały dla niego żadnej przestrzeni w sieci. Z czasem, stopniowo, użytkownicy uzyskiwali większy wpływ na serwisy dzięki powstaniu tzw. „kokpitów”, podstron umożliwiających częściową indywidualizację obszaru Internetu. Aktualnie, w ramach Web2.0 użytkownik stanowi nieusuwalną część większości infrastruktury sieciowej, kształtując ją na własne potrzeby.
3.Bazowanie na małych elementach informacji (Microcontent-based) – Sieć nie jest projektowana jako całość i złożona ze stałych, stabilnych części, ale stała się różnorodna, zbudowana z wielu drobnych i zmiennych elementów informacji. Zawartość została ujęta w dynamiczną, otwartą, zdecentralizowaną i samoorganizującą się strukturę.
4.Metazawartość (Metacontent) – małe elementy informacji zostają zebrane i osadzone przez użytkowników w innym kontekście, tworząc nową informację. Metazawartość może być nazwana zbiorem wszystkich możliwych do wykreowania informacji w ramach już istniejących.
5.Metasieć (Metaweb) – początki sieci semantycznej, stworzone przy pomocy chmur tagów i odsyłaczy. Rozbudowana sieć semantyczna (pozostająca w fazie teorii) jest aktualnie przypisywana koncepcji Web3.0.

Aspekt kulturowy Web2.0 jest szczególnie godny zainteresowania, z uwagi na bezmiar nowo otwartych możliwości komunikacyjnych, zarówno wewnątrz- jak i międzykulturowych.
Każdy może tworzyć sferę wirtualna, a co za tym idzie – kulturę. Czynnik sprawczy został uniezależniony od korporacji, ich funkcję przejęli zwykli użytkownicy, dotychczasowo wyłącznie konsumenci Internetu. Proces ten zauważył i docenił w 2006 roku „The Times”, przyznając tytuł Człowieka Roku każdemu internaucie. Zachwiany został tradycyjny model warstw kulturowych Sieci. Zacierają się granice pomiędzy kulturami techno-merytokratyczną i hakerską a wirtualno-komunitariańską i przedsiębiorczą. Sam Internet stał się tworem o wiele bardziej elastycznym i trudniejszym do zdefiniowania niż w początkach swojego istnienia.
Wolność powszechnego tworzenia Sieci wpłynęła na ogólnodostępność informacji ze wszystkich stron świata, a co za tym idzie, przenikanie się, odseparowanych dotychczas, wzorców. Pomieszanie wartości i przekazów z różnych społeczeństw może kształtować tzw. „trzecią kulturę” według koncepcji Freda Casmira, korzystającą z kodu kulturowego będącego kompilacją istniejących wcześniej.
Odnosząc się do teorii „łuku kulturowego” Jerzego J. Smolicza można przewidywać również inny tor ewolucji kultury sieciowej – wykształcenie się nowego, uniwersalnego kodu, łączącego wszelkie kultury i społeczeństwa. Czysty, nie zakłócony kontekstem przekaz byłby wolny od możliwości błędnej interpretacji, a co za tym idzie – zakłócenia komunikacji międzykulturowej. Byłoby to pierwszym krokiem w kierunku Web3.0 – sieci semantycznej, nieograniczonej, w której człowiek nie jest już dłużej potrzebny, jako że do interpretacji czystego kodu informacyjnego połączonego wiązaniami semantycznymi można wykorzystać komputery i sztuczną inteligencję. Użytkownik jedynie zlecałby wykonanie danych zadań. Jednakże Web3.0 nie można spodziewać się zbyt szybko – nowa Sieć wymaga rewolucji w systemie zapisu, kodowania i odczytu danych. Aktualny Internet jest przestrzenią zbyt chaotyczną, aby AI mogła samodzielnie przeprowadzić kompletny szereg operacji ułatwiających życie codzienne.
W opozycji do zachwytów nad postępem, liczne są też głosy krytyki w kierunku wpływu Web2.0 na kulturę. Można tutaj przytoczyć opinię, jaką wyraża Andrew Keen w swojej książce pt.: „Kult amatora. Jak Internet niszczy kulturę”. Według niego, anonimowość znosi wszelkie poczucie odpowiedzialności za głoszone poglądy, co skutkuje zalewem nieprzemyślanych i często wręcz głupich wypowiedzi. „Miliony żywiołowych małp — z których większość nie jest bardziej twórcza niż nasi biologiczni kuzyni — tworzą nieskończony cyfrowy zbiór miernoty”. Wraz z zatarciem podziału na twórców i odbiorców, jakiekolwiek autorytety straciły swój wpływ, opinie specjalistów giną wśród ogromnych ilości opinii zwykłych użytkowników Sieci. Ponadto, nawet jeśli źródła wiedzy takie jak Wikipedia zostały stworzone przez entuzjastów, błyskawicznie zaczęły być wykorzystywane dla celów komercyjnych i prywatnych, niezgodnie z pierwotnym przeznaczeniem. Co rusz można spotkać się z informacjami o aferach dotyczących edytowania artykułów w Wikipedii i wprowadzania do niej fałszywych lub subiektywnych danych i opinii. Keen nieco jednostronnie patrzy na serwisy typu Youtube, widząc w nich jedynie miejsce do prezentowania amatorskich filmów bez żadnych walorów.
Nie można jednak zapominać o jednoczącej roli Internetu, rozwiniętej w formie Web2.0. Konfrontacja na ogólnodostępnej płaszczyźnie może prowadzić do wzmocnienia poszczególnych tożsamości kulturowych. Internauta otrzymuje możliwość eksperymentowania z tożsamością i głębszego określenia własnej podmiotowości. „Globalna wioska” na etapie Web2.0 przeszła na wyższy poziom niezależności od tradycyjnych wzorców kulturowych .
Krytyka poszczególnych elementów i pojęć związanych ze społeczeństwem internetowym nie jest w stanie zatamować szybko następujących zmian.

Na progu internetu.

Czas, w którym przyszło mi, niedyplomowanemu antropologowi, badać internet
i aktywność ludzką z nim związaną wydawał się nie najlepszy. Otóż przypadł na okres kiedy nie posiadałem stałego dostępu do internetu. Nie było przede mną również perspektyw na zmianę tego stanu rzeczy. Miałem już się poddać i wrócić do zaniechanej obserwacji nieuczestniczącej (zza okna na 3 piętrze) życia pod blokiem, kiedy doszła do mnie, podbudowująca na duchu, plotka. Okazało się bowiem (jak niosła wieść) , że policjanci do walki z przestępczością internetową są również pozbawieni dostępu do „world wide web”.  Skoro oni potrafią pracować  to i dla mnie nie było wymówek. Wstąpił we mnie nowy duch.

Wkrótce także wpadł mi w ręce artykuł przynoszący kolejne, napawające nadzieją, wiadomości. Według niego sporo osób także pracujących w całkiem poważnych instytucjach zabezpiecza swoje dane (czy dostęp do komputera) bardzo prostymi hasłami. Są to głównie popularne wulgaryzmy, „qwerty” („123″, „xyz” itd.) czy zwyczajne  powtórzenie nazwy użytkownika – „loginu”. Postanowiłem to sprawdzić a wiedząc, że
w okół mnie jest dużo bezprzewodowych sieci, w których płynie niezbędny mi do pracy internet, obiekt testu był oczywisty. Całe szczęście prędko przeczytałem kolejny artykuł
z którego wynikało, że nawet przypadkowe wpisanie poprawnego hasła do czyjejś sieci podpada pod odpowiedni paragraf. Zaprzestałem więc testów, które zresztą zaczęły potwierdzać tezy pierwszego artykułu. Wówczas jeszcze nie wiedziałem, że jestem o krok od naprawdę wartościowego obiektu badań. Nieświadomy skupiłem się na poszukiwaniu sieci niezabezpieczonych hasłem za podłączenie do których rzekomo nic mi już nie grozi. Od strony prawnej oczywiście bo ryzykowałem bardzo, że stanę się ofiarą jakiegoś przerażającego cyber ataku.

W swoim mieszkaniu znalazłem jedno takie połączenie w pobliżu kaloryfera tuż przy podłodze. Zacząłem w końcu także podobnych  sieci szukać w różnych lokalizacjach miasta, które z różnych powodów odwiedzałem.  W końcu także zabierając laptopa
w podróż starałem się w ten sposób uzupełniać niedobór internetu.
To już był odruch kliknięcie na wybór „sieci bezprzewodowych” w komputerze
i obserwowanie, które na liście nie mają „kłódeczek”. I to właśnie te ikonki oznaczające sieć zabezpieczoną hasłem zakrywały przede mną rzecz, na której powinienem naprawdę się skupić. Nazwy sieci.

Każda sieć bezprzewodowa ma swoją indywidualną nazwę. Każdy kto dostaje w promocji od dostawcy internetu router musi nadać nazwę swojemu połączeniu. Czasem jest mu ona automatycznie przypisana. Nazwę, której wybór będzie oznaczał dla użytkownika połączenie z internetem. Szukając więc dostępnych sieci stoję na samym progu(progach) internetu czemu nie zacząć badań właśnie tutaj. I nie potrzeba już do tego wcale internetu.

Sama nazwa sieci to jedno, ale drugą jeszcze bardziej istotną rzeczą jest istota sieci bezprzewodowej. To znaczy to, że w obrębie określonego zasięgu jest ona (jej nazwa) widoczna dla każdego kto posiada odpowiednie do tego przystosowane urządzenie (komputer, „smartphone” itp.). Nadawanie indywidualnej nazwy dla sieci nie jest więc tylko personalizacją (taką jaką mamy do czynienia w wypadku tapet komputerowych), ale również jest to świadoma bądź nie autoprezentacja na zewnątrz. Samych intencji może być jednak znacznie więcej.

Bardzo prosto można przeprowadzić wstępną typologię nazewnictwa sieci bezprzewodowych.

W pierwszej kolejności należy zauważyć sieci, do których nazwy prawdopodobnie zostały przypisane automatycznie bądź są domyślne(i nikt nie chce ich zmieniać) . Zawierają
w sobie zazwyczaj nazwy dostarczyciela internetu bądź firmy odpowiedzialnej bezpośrednio za tworzenie sieci. Znajdziemy więc często takie nazwy jak linksys, netgear, aster, upc, neostrada. Często są one rozszerzone o indywidualny numer użytkownika.

Drugą grupą stanowią nazwy, które zostały najprawdopodobniej  zasugerowane przez aplikację do konfiguracji połączeń internetowych. Najczęściej spotykanymi nazwami są: home czy home_network.

Idąc dalej zbliżamy się do coraz większej indywidualności i personalizacji w nazewnictwie. Na początku będą to sieci, które noszą(jak można przypuszczać) nazwy ich właścicieli. Adam, Karol, Jarek, Maciek, Joanna, Basia. Proporcja imion żeński do męskich to osobny temat.Tuż obok nazw osób prywatnych należałoby postawić nazwy własne firm, instytucji czy lokali w których zainstalowana jest sieć bezprzewodowa. W oczywisty sposób ma to ułatwić, pracownikom czy gościom wybór właściwego połączenia adekwatnego do miejsca, w którym się znajdujemy. Jest to ważne zwłaszcza, że do wyboru zazwyczaj mamy sporo sieci a wybór sieci niepewnej wiąże się z większym ryzykiem. Potencjalnie jest to również wizytówka danego miejsca (o czym nieco więcej dalej). Nazwy własne to także lokalizacje geograficzne najczęściej określające ulicę, dzielnicę czy miejscowość na której dany router nadaje. Są one przydatne np. w podróży pociągiem. Pozwalają bowiem zorientować się w naszym przybliżonym aktualnym położeniu.

Najbardziej pojemną jest kategoria, którą można roboczo nazwać „nazwy kreatywne”. Być może często, jak wymienione wcześniej „home_network”,  są one wpisywane równie bezwiednie bądź od niechcenia (np. „blebleblbe”)  ale mają na pewno większą siłę oddziaływania na potencjalnego odbiorcę (osoba przeglądająca dostępne sieci).  Można zauważyć, że niektóre z nich są nadawane po prostu, żeby było śmiesznie („Kurczaki”, „pierdolnik”).  W moich badaniach miałem też szczęście trafiać na liczne motywy literatury dziecięcej takie jak „bullerbyn” czy „smerf”.
Dodałbym tu również nazwy z poprzednich kategorii, które w jakiś sposób stają się dwuznaczne. Ma to miejsce na przykład w budynku Polskiej Akademii Nauk (Pałac Staszica) gdzie do wyboru mamy między innymi sieć „archeo”. Odnosi się prawdopodobnie do Zakładu Archeologii Śródziemnomorskiej niemniej pierwsze skojarzenie to Seksmisja. Szczytem kreatywności w tym obszarze wydają się próby przekształcenia nazwy w grafikę co można zobaczyć w sieci pt. „))))(((-o-)))(((„.

Co wydaje mi się szczególnie ciekawe w ostatniej kategorii (w innych w mniejszym stopniu) widać wiele podobieństw do szeroko rozumianej sztuki ulicy a dokładniej do pisania po murach. Pokrótce, sieci bezprzewodowe w sposób bardziej dyskretny (czy też bardziej nowoczesny), ale jednak, znaczą przestrzeń po której się poruszamy. Choć nie tak ekspansywnie i zaborczo jak tagi na murach wyznaczają swojego rodzaju terytoria czy też po prostu sygnalizują obecność użytkownika sieci. W końcu te „kreatywne” działają jak „street art”, wytrącając nas na chwilę z przyziemnej codzienności zmuszając do uśmiechnięcia się czy do zastanowienia. Tę analogię uświadomiłem sobie, kiedy wśród sąsiedzkich sieci znalazłem taką o nazwie „TheWall”. W jej obecnym zasięgu, przez długi czas, na murze przy jednym z bloków mieszkalnych znajdował się taki właśnie napis. Nie wiem tylko czy drugie życie (w innym wymiarze) temu graffiti nadał twórca czy ktoś zainspirowany.
Nazwy sieci i „street art” mają jeszcze jedną wspólną cechę w zupełnie innej płaszczyźnie. Otóż zaczęto tworzyć sieci do, których podłączenie nie daje żadnego skutku a jedyną ich funkcją jest reklama zawarta w nazwie sieci. Przykładem jest adres www oraz telefon firmy instalującej internet.

Przedstawiony przeze mnie opis jest tylko zarysem problematyki jaki przed nauką otwiera temat nazewnictwa sieci bezprzewodowych i która wymaga na pewno pogłębionych badań. Typologia, którą zaproponowałem jest ciągle otwarta i zachęcam do jej uzupełniania i rozbudowywania również o ciekawe przykłady używanych i spotykanych nazw.

AUGMENTED REALITY- RZECZYWISTOŚĆ ROZSZERZONA

Augmented Reality (AR) to obszar badań, w którym łączą się dwa światy: wirtualny i rzeczywisty. AR nie tworzy nowego pełnego świata (jak Rzeczywistość Wirtualna), ale zajmuje się dopełnianiem tego, co już znamy; nakładaniem wirtualnych obrazów na obraz świata rzeczywistego. Większość eksperymentów w tej dziedzinie polega na wykorzystywaniu obrazów świata „realnego” i uzupełnianiu go przez grafikę generowaną komputerowo.

Mimo, że prace nad AR rozpoczęły się już w latach sześćdziesiątych (USA), początkowo nie zaskakiwały skalą i osiągnięciami (skupione były na tworzeniu systemów dla NASA  i sił powietrznych USA). Intensywniejsze prace nad AR rozpoczęły się dopiero przed kilkunastu laty. Umożliwił je znaczny spadek cen sprzętu komputerowego, a więc również większa jego dostępność.

Największym obszarem badań nad AR jest obecnie sprawdzanie możliwości wykorzystywania jej w przestrzeni otwartej (np.: określanie położenia obiektu za pomocą miniaturowych systemów satelitarnych czy GPS).

Status Rzeczywistości Rozszerzonej może wydawać się niejasny. Łatwo jest go jednak przedstawić za pomocą pewnego schematu: jeśli na jednym końcu linii znalazło by się Środowisko Rzeczywiste, a na drugim Środowisko Wirtualne, AR należałoby umieścić bliżej rzeczywistości niż wirtualności (w przeciwieństwie do Rzeczywistości Wirtualnej, która znalazła by się tuż przy Środowisku Wirtualnym).

Tak jak środowisko rzeczywiste może być rozszerzane o wirtualne obiekty, tak wirtualność może być rozszerzana o obiekty rzeczywiste. Mamy tu do czynienia z działaniem w obie strony. Dopiero takie dwustronne zjawisko to pełen obraz możliwości Augmented Reality.

Mimo nieco zagmatwanej teorii, zjawisko AR to coś, co może przydać się każdemu z  nas. Służyć może nie tylko celom ściśle naukowym, ale również zabawie. Oto przykład: Stosując się do instrukcji zamieszczonych na tej stronie, każdy może doświadczyć Rozszerzonego Świata.

http://pl.engadget.com/2008/11/20/rzeczywistosc-rozszerzona-dla-kazdego-sprawdzcie-sami/

Ale co poza tym?

Błyskawiczny w ostatnich latach rozwój technologii sprawia, ze AR zaczyna być wykorzystywana na coraz szerszą skalę; zaczyna dotykać wielu sfer naszego „normalnego” życia, wdziera się do rzeczywistości  m.in. przez wyświetlacze see-trough i specjalne google pozwalające na wizualizację np.: wirtualnych ruchomych postaci na kartkach oglądanej  książki:

http://www.youtube.com/watch?v=ZKw_Mp5YkaE

Obecnie największe zastosowanie AR obserwujemy przy konstrukcji urządzeń nawigacyjnych (np. systemy wyświetlaczy i okularów wizyjnych pokazujących podpowiedzi nawigacyjne lub informacje o trasie), przy systemach codziennego użytku dla wojska (namierzanie celów), przy tworzeniu wizualizacji architektury (rekonstrukcja budynków), czy symulacjach (symulatory lotu). Wymienione tu sposoby wykorzystywania AR nie są dla nas niczym nowym. Ponadto istnieje dużo więcej dziedzin, które korzystają z jej możliwości, nie są to jednak zastosowania nowe i zaskakujące, pominę je więc, żeby nie zanudzać nikogo mało atrakcyjnymi przykładami.

Dla mnie, najbardziej niekonwencjonalnym zjawiskiem, jest chyba wykorzystywanie AR do współpracy przy podziale na prawdziwych i wirtualnych uczestników spotkań biznesowych, konferencji etc. AR daje bowiem możliwość przyłączenia wirtualnych uczestników jako ruchomych modeli 3D.

Przyszłość Rzeczywistości Rozszerzonej jest nieodgadniona. Nie jesteśmy w stanie określić jak bardzo Internet wraz ze wszystkimi jego możliwościami zdominuje nasze życie w rzeczywistości „rzeczywistej”. Być może, w niedługim czasie, Rzeczywistość Rozszerzona będzie postrzegana jako bardziej rzeczywista, niż to co nas otacza na prawdę. Nie potrafimy przewidzieć jak skończy się romans realności i wirtualności, możemy jednak mniej więcej przewidzieć do czego jeszcze mogą nam się przydać technologie związane z  Augmented Reality.

Dzięki takim rozwiązaniom możliwe stanie się przeniesienie zawartości ekranu komputera osobistego do rzeczywistego środowiska (okna pojawiać się będą jako wirtualne twory w rzeczywistej przestrzeni, sterowane wzrokiem lub gestykulacją) czy eliminacja wyświetlaczy telefonów komórkowych- wybieranie numeru wzrokiem.

Każdy obecnie produkowany do pomocy przy przetwarzaniu danych przyrząd mógłby zostać zastąpiony przez wirtualny (zegarek, radio), którego koszty, ograniczone jedynie do napisania oprogramowania, byłyby praktycznie zerowe.

Ciekawą fantazją (choć nie do końca fantazją) są również wirtualne tapety, iluminacje, pasy ruchu umieszczane bezpośrednio na jezdni czy… wirtualne okna umieszczane na ścianie, które „wyświetlają” widok rejestrowany za pomocą kamery znajdującej się na zewnątrz.

Mimo przeszło trzydziestu lat istnienia, AR wydaje się być stosunkowo mało rozwiniętą dziedziną wiedzy. Nie jest tym bardziej spójną nauką czy systemem. Zawiera wiele białych plam, które będą odsłaniane wraz z rozwojem technologii. Głównym problemem, z którym zmaga się AR dziś jest brak możliwości zastosowania zaawansowanego renderowania (obrazowania, przedstawiania), dzięki któremu obrazy rozszerzonej rzeczywistości stałyby się nie do odróżnienia od rzeczywistych.

Mimo, że Augmented Reality staje się coraz bardziej dostępna i przyjazna, stosowane są prostsze, intuicyjne systemy obsługi, to na wielki boom przyjdzie nam jeszcze poczekać, tym bardziej że jesteśmy tylko w Polsce :P .

Na koniec kilka przykładów zastosowania technologii Augmented Reality:

Future of shopping:

http://www.youtube.com/watch?v=jDi0FNcaock

AR T-shirt:

http://www.youtube.com/watch?v=tIof7yEsOn8&feature=related

AR Encyclopedia:

http://www.youtube.com/watch?v=oHkUOpYNhoM

AR Museum

http://www.youtube.com/watch?v=lQfCndsnXUc&feature=related

Google Doodle

Zapraszam na wędrówkę po nieodkrytych tajemnicach wyszukiwarki Google. Zaprezentuję Google Doodle, czyli logotypy jakie marka stworzyła, aby urozmaicić wygląd popularnej wyszukiwarki.
Google została założona w 1998 roku przez dwóch doktorantów Uniwersytetu Stanforda, Amerykanina Larry’ ego Page’ a i Rosjanina Siergieja Brina. Najbardziej znanym produktem firmy jest wyszukiwarka Google. Nazwa powstała od niepoprawnego zapisu słowa „googol”,co oznacza liczbę 10^100. W 1998 r. Sergey Brin stworzył program do tworzenia czcionki Google, korzystając jedynie z programu GIMP. Obecne oficjalne logo Google zostało zaprojektowane przez Ruth Kedar.

Od początku istnienia firma postanowiła tworzyć z okazji świąt, ważnych wydarzeń, urodzin znanych osób, imprez sportowych specjalne, okolicznościowe loga. Początkowo były to jedynie przekształcenia samego napisu, później zaczęto dodawać elementy graficzne, zdjęcia, tło, dziś często obraz zastępuje czcionkę. Firma wprowadza (zazwyczaj na 24 godziny) logo o stylu graficznym dostosowanym do potrzeby chwili. Kliknięcie na napis prowadzi do stron dotyczących danej osoby lub święta. Dane logo może być ograniczone w odbiorze tylko do danego kraju, lub być skierowane do użytkowników z całego świata. W języku angielskim takie specjalne logo wyszukiwarki ma nazwę Google-Doodle. Słowo „Doodle” oznacza m.in. czynność poboczną, wykonywaną przy okazji innej pracy.

Historia Google-Doodle zaczyna się w sierpniu 1998 roku. Zmiana loga wiąże się z festiwalem Burning Man („Płonący Facet”).

Ewaluacja Doodle

Aby ukazać ewaluację graficzną Doodle przeanalizuję kilka wybranych subiektywnie przykładów. Wszystkie loga (powstały one na przestrzeni ostatnich 13 lat) zostały umieszczone w specjalnej galerii.Obecnie znajduje się tam około 980 logotypów.

http://www.google.co.uk/logos/index.html

Jedno z pierwszych Google Doodle zaprojektowane zostało na Święto Dziękczynienia w USA 26.11.2008r. – składało się z nazwy Google  ( wówczas jeszcze z wykrzyknikiem) oraz ilustracji indyka obok. W kolejnym roku znika znak interpunkcyjny, grafika zostaje umieszczony w tle napisu. W latach 2000-2004 następuje ingerencja obrazka w sam napis, zostają dodane nowe elementy. W 2006 grafika zastępuje jedną z liter – można dostrzec wyraźne dążenie do przekształcenia napisu w jego wyobrażenie. Rok 2009 przynosi rewolucję, każda litera zostaje ozdobiona motywem graficznym, zmienia się kolor, indyka (symbol święta) zastępuje Snoppy. 2010 to kolejna zmiana: zamiast dwóch liter w napisie pojawia się zdjęcie. Wyraźnie widać, iż firma dąży do wizualności napisu, pragnie wyeliminować litery. Korzysta ze skojarzeń, a nie jak wcześniej stereotypowych obrazów odnoszących się do danego zjawiska.

Zmianie ulega konwencja przedstawiania, początkowo ewaluowała jedynie czcionka napisu, później zaczęto dodawać graficzne ozdoby, obecnie cały napis ulega przekształceniu, zostaje wpisany w pewną ilustrację wydarzenia, tworzy się aura. Seria Doodle odnosząca się do narodowych świąt poszczególnych państw wpisana zostaje w barwy i kształt danego kraju.

Google tworzy również logotypy wykorzystując popularne motywy np. z filmów dla dzieci, nawiązując przy okazji do konkretnej daty.

Twórcy wyszukiwarki korzystają nie tylko z łacińskiego alfabetu, w jakim zapisane są litery napisu Google na całym świecie, ale również wstawiając np.litery z alfabetu arabskiego.

Podczas poważnych tragedii Google wyświetla bezbarwne logo. Na głównej stronie Google projekt został wykorzystany po raz pierwszy po katastrofie smoleńskiej, w kwietniu 2010r.

Przy okazji rocznic urodzin znanych osób wykorzystywany jest ich wizerunek, najczęściej w formie ryciny zastępującej jedną z liter.Upamiętniało np. Andy Warhola, Alberta Einsteina, Leonardo da Vinci, Louissa Braille’a, Michaela Jacksona, Akira Kurosawy, Samuela Morse’a, Mahatmę Gandiego i wielu innych.

W grudniu 2010 r. Google wprowadziło nowatorskie logo składające się z kolażu 17 zdjęć odnoszących się do obchodzenia Świąt Bożego Narodzenia w różnych częściach świata.

W zamierzeniach Google Doodle miało być formą uczczenia przez firmę rocznic urodzin znanych osób i świąt, a także ilustracją kreatywności pracowników. Stało się humorystycznym urozmaiceniem marki. Za tworzenie Doodle odpowiedzialna jest grupa projektantów, którzy tworzą logotypy, aby ożywić stronę główną wyszukiwarki. Powstają również animacje napisów.

John Lennon Google Doodle

Google jest otwarte na pomysły każdego, można przesłać im własny projekt Doodle, firma współpracuje również z młodzieżą szkolną, organizując konkurs Doodle4Google na najlepsze logo. Na początku brały w nim udział dzieci z USA czy Wielkiej Brytanii, teraz mogą startować osoby z całego świata.

Doodle 4 Google – Love Football

Google Doodle wywołują dyskusję dotyczącą moralnych, jak również wizualnych aspektów grafiki tworzonej przez firmę. Internauci oskarżają markę, iż niektóre z napisów (np. pozbawione liter) nie powinny być wyświetlane. Pierwsza taka sytuacja, kiedy w Walentynki zastąpiono literę „o” truskawką, wywołała mnóstwo komentarzy i listów, które napływały do Google. Uznano, ze firma zapomniała dodać jednej z liter. W oficjalnej odpowiedzi przeczytać można było, iż jest to subtelne i poetyckie zastąpienie i nie należy traktować dosłownie każdej z grafik.

W grudniu 2010 r. wybrano 11 najbardziej kontrowersyjnych Google Doodle:

11 najbardziej kontrowersyjnych Doodle

Odbywają się również plebiscyty na najładniejsze logo:

Najładniejsze Doodle

Powstała także specjalna strona, na której możemy oceniać Doodle, przy każdej grafice mamy dopisany kraj, w którym była wyświetlana:

Plebiscyt

Jak powstają okolicznościowe loga? Oto Odpowiedź:

Google Doodle creation

Podsumowując Google Doodle zmierzają ku zastąpieniu liter zdjęciami, grafiką. Uważam, iż to urozmaicenie nie przeszkadza w odbiorze , zwiększa wizualną wartość strony, po za tym uczy (dzięki Doodle dowiadujemy się jaką ważną rocznicę dziś obchodzimy). Wypracowanie silnej marki pozwala firmie na takie operacje na napisie. Co więcej właśnie poprzez humorystyczne, jak i praktyczne ( przypomnienie o danym wydarzeniu) przedstawianie strony głównej skłania do wybrania właśnie tej wyszukiwarki. Oto przykład wykorzystany podczas Dnia Ojca:

Dropbox – nowatorski czy wtórny?

Czym jest?
Dropbox to aplikacja pozwalająca na tworzenie kopii danych na zewnętrznych serwerach. Dzięki niemu możemy mieć dostęp do naszych danych z każdego urządzenia posiadającego dostęp do internetu. Aplikacja bardzo ułatwia archiwizację danych na znajdujących się na komputerze, ich synchronizację oraz dzielenie się nimi online ze znajomymi. Darmowy limit, który otrzymujemy na początek to do 2 GB. Z pozoru nie wydaje się to dużo, jednak w przypadku pracy z niewielką ilością plików, może byc bardzo pomocne. Poza tym można ten limit zwiększyć za odpowiednią opłatą. W celu podzielenia się plikami z innymi, najprościej jest podać adresy mailowe do osób, do którym chcemy przekazać nasze dane. Aplikacja bardzo ułatwia pracę, gdy korzystamy z tych samych plików na różnych komputerach. Możemy bez żadnych problemów uzyskać dostęp do swoich danych z każdego urządzenia podłączonego do internetu, bez potrzeby instalacji jakichkolwiek programów, czy czasochłonnej konfiguracji.

Trochę historii…
Pomysł na Dropboxa narodził się w 2007 roku w głowie studentki Masachusetts Institute od Technology, którą bardzo zdenerwowało to, że zapomniała swojego nośnika USB… (czy nie wydaje się to znajome? ;) ). Najpierw zaczęła tworzyć coś dla siebie, jednak szybko zauważyła, że może to być przydatne również innym. Oficjalnie Dropbox został wprowadzony do użytku w 2008 roku na konferencji TechCrunch50.

Jak to było ze mną…
W moim przypadku aplikacja ta świetnie sprawdziła się jako pomoc w korzystaniu i synchronizacji materiałów na zajęcia. Może wydawać się, że równie dobrze można przekazywać sobie materiały drogą e-mailową, jednak w przypadku, gdy cała grupa pracowała nad jednym z pilków, Dropbox sprawdził się zdecydowanie lepiej. Każdy z nas mógł dodać coś od siebie, a zmiana ta natychmiast pojawiała się widoczna dla innych uczestników kursu – w przypadku korzystania z e-maila wymagałoby to zaśmiecania skrzynki kolejnymi wersjami pliku. Oczywiście niezaprzeczalną zaletą jest również uporządkowanie danych w czytelny sposób, na który w przypadku skrzynki e-mailowej nie ma szans. A Wy co o nim myślicie?

Znajdź kanapę do spania

Do Szwecji jest 600 mil morskich. Co ja tu jeszcze robię? zastanawiał się kiedyś mój kolega w przerwie pomiędzy jednymi a drugimi zajęciami. I to jest bardzo dobre pytanie dla nas wszystkich: co my tu jeszcze robimy? Kiedy na świecie jest mnóstwo ciekawych miejsc, mnóstwo obrazów do zobaczenia, smaków do spróbowania, dlaczego wciąż siedzimy w miejscu? Barier, które powstrzymują nas w ruszenia w drogę jest kilka. Kwestia podstawowa – brak pieniędzy. Wiadomo, bilety, noclegi, wszystko to znacznie przewyższa możliwości studenckiej kieszeni.

Cel jednak uświęca środki i wszystkim ogarniętym chęcią podróżowania na przeciw wychodzi portal internetowy www.CouchSurfing.com. Dzięki niemu możemy odnaleźć kogoś, kto zaoferuje nam nocleg przez kilka dni, bądź sami przyjąć podróżnika pod swój dach. Wszystko odbywa się bez pobierania opłat. Jeden podstawowy warunek – nie możesz bać się przygód.

Couchsurfing jest „biletem do nowego świata”. Dzięki niemu możliwość podróży dla wielu staje się zdecydowanie bliższa. Poza tym to źródło nowych, nietuzinkowych doświadczeń. Poprzez mieszkanie w domach couchsurferów mamy wstęp do ich prywatnej sfery, uczestniczymy w ich codziennym życiu. To zaś ułatwia nam zwiedzanie kraju „od kuchni”, z perspektywy jego mieszkańców a nie wyznaczonych tras wycieczek. Dla wielu podróżników jest to największy plus, który daje couchsurfing. Doskonale ilustruje to przypadek Kingi (studenki IKP, która nawet poświęciła couchsurfingowi jedną pracę roczną): Kiedy byłam w Amsterdamie mój host (gospodarz, u którego mieszkałam) pożyczył mi na czas pobytu swój rower, żebym mogła przemieszczać się jak „prawdziwy” Holender, a w Paryżu zabrano mnie na piknik pod wieżą Eiffel’ a, gdzie zostałam poczęstowana francuskimi serami i winem- po to, abym mogła spędzić wolny czas jak „prawdziwy” Francuz.

Jak wejść do gry? Najpierw musimy założyć swój profil. W nim opisujemy nasze zainteresowania, znajomość języków a także doświadczenia turystyczne. Oprócz tekstu wymagane jest zdjęcie. Musimy także określić rodzaj naszego zaangażowania w couchsurferowanie, czyli co możemy zaoferować innym użytkownikom. Z opcji do wyboru mamy: zdecydowanie mam wolną kanapę/ mam wolną kanapę/ może mam wolną kanapę/ zabiorę Cię na kawę/ pokażę Ci miasto. Nie jesteśmy zobligowani do udostępniania noclegu – wręcz nie jest to wskazane, kiedy czujemy, że nie jesteśmy gotowi na przyjęcie kogoś do domu. Kiedy stworzyliśmy już profil możemy przejść do pisania requesta– czyli prośby wysyłanej do innych couchsurferów o przyjęcie nas pod swój dach. Musimy kierować się kilkoma zasadami: przede wszystkim napisać ją z odpowiednim wyprzedzeniem (sugerowane 4 tygodnie), określić termin w którym chcemy przyjechać, a także napisać kilka słów o sobie. Ważne jest także uczynienie prośby bardziej personalną – powinniśmy uważnie prześledzić profil couchsurfera, do którego wysyłamy requesta, wykazać zainteresowanie jego osobą, odwołać się do jego zainteresowań, krótko uzasadnić dlaczego chcemy jechać właśnie tam i dlaczego właśnie do niego. Jeżeli dostaniemy odpowiedź pozytywną możemy wyruszać w drogę. Proste?

Proste, proste, ale jednak dla wielu osób obcowanie z zupełnie obcymi ludźmi może pozostawiać wiele zastrzeżeń. Couchsurfing ma jednak swoje sposoby prowadzenia polityki bezpieczeństwa. Zakładając konto możemy się zdecydować na zapłacenie dotacji na organizację, wtedy nasze dane podlegają weryfikacji a nasz profil zostaje oznaczony jako uwierzytelniony. Poza tym ważny jest obieg informacji. Couchsurferzy wzajemnie ostrzegają się przed oszustami i spamerami. Takie osoby są niezwłocznie blokowane. Istotną rolę odgrywają również referencje – wystawiane sobie nawzajem przez użytkowników. Jest to najczęściej opinia dotycząca wizyty u któregoś z couchsurferów. Otrzymanej referencji nie możemy usunąć czy zmodyfikować. Istnieje również instytucja „voucha”. Jest to w miarę formalny (jak na warunki couchsurfingu) środek, który potwierdza, że jesteśmy godni zaufania. Voucha przyznaje się osobie, która naprawdę jest rzetelna i sprawdzona – poświadczając to przez swój wybór bierzemy odpowiedzialność za jej zachowanie.

Oczywiście, podróżowanie przez Couchsurfing jest w pewnym stopniu ryzykiem. Nigdy nie mamy całkowitej pewności jak będzie wyglądało nasze zakwaterowanie. Ale jak przekonują nas słowa zamieszczone na portalu – „couchsurfing jest nieprzewidywalny – i w tym właśnie tkwi zabawa”.

Android

W lipcu 2005 roku jedna z najbardziej znanych firm tzw. branży internetowej, Google Inc, kupiła niewielką kalifornijską firmę Antroid Inc. Tym samym zyskuje możliwość rozwijania projektu platformy z wbudowanym systemem operacyjnym Android opartym na jądrze systemu Linux. I choć z oficjalną prezentacją gotowego produktu zwlekano aż do 28 września 2008r. Google Inc od początku zapowiadała, że jej ambicją jest uzyskanie możliwie dużego udziału w rynku oprogramowania tzw. smartfphone’ów, czyli multimedialnych telefonów komórkowych.

Sama platforma Android przeznaczona do obsługi telefonów komórkowych składa się ze zintegrowanego zestawu oprogramowania: systemu operacyjnego, oprogramowania pośredniego (tzw. middleware, umożliwiającego wymianę informacji między oprogramowaniem, czy też samym sprzętem), interface’u oraz dodatkowych aplikacji.  System Android nie jest jednak środowiskiem zbudowanym zupełnie od początku. Jak już wspomniałem, do jego budowy wykorzystano jądro systemu Linux, zapewniając jednocześnie pełną, a zatem sprzyjającą jego dynamicznemu rozwojowi oraz poszerzaniu funkcjonalności, otwartość nowego systemu. Rozwijanie jej możliwości nie wiąże się zatem z naruszeniem żadnych praw autorskich. W poniższym artykule postaram się pokrótce przedstawić podstawowe funkcje i możliwości systemu z pod znaku zielonego robocika.

Android oferuje możliwość korzystania z 7 pulpitów tworzących szereg niezależnych, a także poddających się niemal dowolniej edycji, przestrzeni roboczych. Każdą z nich można swobodnie organizować: umieścić ikony odnoszące się do dowolnych aplikacji zainstalowanych w telefonie, a także tzw. widżety (ang. widget), czyli okna autonomicznych aplikacji dodanych do przestrzeni roboczej pulpitu, pozwalających na szybki dostęp do podstawowych funkcji, czy też treści udostępnianych przez dane oprogramowanie.

Widok pulpitu w systemie Android (Samsung) Widok pulpitu w systemie Android (HTC)

Przedstawione wyżej zdjęcia pozwalają dostrzec zasadniczą różnicę w budowie poszczególnych (firmowych) adaptacji systemu operacyjnego Android. Ma ona charakter czysto graficzny (różnica w wyglądzie dolnego paska nawigacyjnego oraz górnego paska informującego o uruchomionych aplikacjach, trybie pracy sieci i jej zasięgu, stanie naładowania baterii oraz aktualnej godzinie w domyślnej strefie czasowej). Pasek wyszukiwarki google (zdjęcie po lewej), jak i rozbudowany zegar z prognozą pogody (zdjęcie po prawej), stanowią typowy przykład wspomnianych wcześniej widżetów. W obydwu przypadkach ich wywołanie spowoduje przeniesienie do wyjściowej aplikacji (przeglądarki internetowej wraz z wyszukiwarką google.com, bądź rozbudowanego zegara z dowolną ilością stref czasowych i pogodowych, budzikiem, timerem, stoperem oraz funkcją zegara biurkowego/nocnego (białe cyfry zegara numerycznego na czarnym tle).

System posiada wbudowaną przeglądarkę internetową, dzięki której możemy przeglądać całą zawartość stron internetowych tak, jak w zwykłym komputerze (czyli w taki sposób, w jaki prezentowane są one na jego ekranie). Oferuje także możliwość integracji z dowolnymi kontami e-mail. W każdym jego wydaniu (producenci telefonów mają prawo ingerować w strukturę oprogramowania) odnajdziemy funkcje pozwalające na szybką integrację z kontem gmail, a także przeglądaniem zawartości portali youtube, facebook, tweeter, czy google maps z poziomu zaimplementowanego oprogramowania. Obecnie system operacyjny Android dostępny jest w wersji 2.3, wykorzystywanej także do obsługi tabletów.

Jak już wcześniej zaznaczyłem, opisywany system operacyjny pozwala na dodanie powstających niezależnie od jego dystrybutora aplikacji, a co za tym idzie: swobodnego poszerzenia jego funkcjonalności. Wspomniane aplikacje, zarówno te płatne, jak i bezpłatne,  udostępniane są poprzez portal (a z poziomu telefonu: program) „Market” (film omawiający działanie aplikacji).

Współpraca z systemem operacyjnym MS Windows przebiega bez większych zakłóceń. Spośród wielu cennych aplikacji warto zwrócić uwagę m.in. na aplikacje umożliwiające nie tylko przeglądanie „na odległość” dokumentów w domowym komputerze, lecz także potraktowanie telefonu jako urządzenie sterujące, wraz możliwością uruchamianie wszelkich aplikacji zainstalowanych w komputerze stacjonarnym oraz wykorzystaniu jego mocy obliczeniowej (przykład). Również we współpracy z systemami linuxowymi Android zachowuje pełną funkcjonalność.

Niestety, wykorzystanie wszystkich możliwości zielonego robota we współpracy z systemem Mac OS X nie jest możliwe. Telefon widziany jest przez nas jedynie jako pamięć przenośna (brak m.in: możliwości synchronizacji danych z poziomu aplikacji zainstalowanych w komputerze, możliwości wykorzystania telefonu jako modemu).

Android a inne systemy operacyjne

Na samym końcu pozwolę sobie przytoczyć dane dotyczące tzw. udziału w rynku. Platforma Android powstawała z myślą o odbiorcach telefonów zaawansowanych pod względem technologicznym, a co za tym idzie z relatywnie dużą mocą obliczeniową. Spośród jej podstawowych konkurentów wymienić należy systemy: iOS (Apple), Symbian^3 (Nokia), BlackBerry (RIM), Windows Mobile (Microsoft). W ich wypadku udziały w światowym rynku telefonów komórkowych przedstawiały się następująco (trzeci kwartał 2010r.):

(źródło: wikipedia)

Autor: Michał Przygoński

Dodatkowe linki:

angielskie:

Oficjalna strona produktu: http://www.android.com/

A także: Android (Operating System); Analysis of Android (weak); Understanding Google Android Programming Terminology

polskie:

Polskie Centrum Google Android

AndroidLAB

Forum.android.com.pl

Poezja.org, czyli jak zostać wprawnym poetą…

Któż ze skrobiących sobie po cichu do szuflady nie marzył o wydaniu własnego tomiku poetyckiego, zyskaniu tysięcy czytelników… albo chociaż kilkudziesięciu. A ilu dobrze zapowiadającym się młodym twórcom się to udało. Niewielu. Część dopięła swego, ale większość albo porzuciła zbrodnicze praktyki grafomańsko-literackie, albo dalej kryła się po kątach i szufladach.

Z odsieczą przychodzi nam jednak Internet. Pomijając dość oczywiste przekonanie, że w przestrzeni wirtualnej Każdy może Wszędzie i Wszystko, warto wybrać nieprzypadkowe miejsce, w którym zostawi się swój pisemny (poetycki) ślad. Jako, że w swoim czasie odwiedziłam niemało portali, stanowiących wirtualną przestrzeń twórczości „literackiej”, postanowiłam przybliżyć funkcjonowanie jednego z prężniej działających – www.poezja.org.

Struktura strony głównej portalu wydaje się względnie przejrzysta, aczkolwiek zwodniczy może wydawać się adres strony. Poza poezją – powszechnie uznaną i tą „produkowaną” przez internautów – zawiera on bowiem rozliczne działy przypisane poszczególnym, dość swobodnie skategoryzowanym, gatunkom literackim. Pojawia się zatem dział z prozą, ale także gatunki typu baśnie albo „powieści fantastyczno-przygodowe”. Największa obfitość gatunkowa wiąże się jednak z poezją. Przestrzeń serwisu dotycząca poezji dzieli się na dwie podstawowe części: dział dla początkujących poetów oraz dział dla wprawnych poetów – w żargonie użytkowników określane jako „P” (początkujący) i „Z” (zawansowany). Obok funkcjonują działy pomocnicze, między innymi warsztat, którego przeznaczeniem jest dopracowywanie nie w pełni gotowych utworów oraz działy skupiające specyficzne podgatunki poetyckie, jak chociażby: haiku, limeryki czy palindromy.

Rolą wewnętrznego podziału piszących na początkujących i zawansowanych jest dokonanie swego rodzaju selekcji, oddzieleniu grupy debiutantów, podejmujących pierwsze poetyckie próby i szukających wskazówek, dotyczących dalszej twórczej drogi od poetów dobrze już władających piórem, niekiedy publikujących własne utwory także poza siecią, pragnących podzielić się swoją twórczością w środowisku internetowym i wziąć udział w wirtualnym, „krytycznoliterackim” dyskursie.

Najbardziej egalitarną przestrzenią forum poezja.org jest warsztat oraz pozostałe działy „bez limitu”. Z ową dostępnością wiąże się jednak mniejsza popularność i niższa renoma działu. W działach pozostałych, zarówno początkujących jak i zawansowanych, obowiązuje limit, umożliwiający każdemu użytkownikowi publikację jednego utworu na sześć dni. Przyczyn powyższego ograniczenia jest kilka. Przede wszystkim chodzi o komfortowy dostęp do publikowanych utworów – przy nadmiernej ich ilości pojawiającej się w krótkim czasie, w celu odnalezienia tekstu zamieszczonego przed kilkunastoma godzinami, konieczne stałoby się przekopywanie przez kolejne strony archiwalnych wątków (każdy wiersz wraz z dotyczącymi go komentarzami funkcjonuje jako oddzielny temat).

Limitacja publikowanych tekstów skłania także ich autorów do samodzielnej selekcji jeszcze przed zamieszczeniem ich na forum. Dodatkowo, unika się tym sposobem sytuacji zdominowania danego działu przez jednego, wyjątkowo „płodnego” autora. Oddzieleniu „utalentowanych” (w subiektywnym tego słowa znaczeniu) poetów od twórców nieudolnych, mających wysokie aspiracje poetyckie służy też punktowy system oceniania wierszy zamieszczanych w dziale „Z”. Sama publikacja w dziale dla zaawansowanych traktowana jest jako akt odwagi i pewności własnych poetyckich uzdolnień. Mało kto decyduje się na ten krok bezpośrednio po rozpoczęciu aktywności na forum.

Dla większości użytkowników przeniesienie się z działu „P” do „Z” ma rangę kolejnego stopnia wtajemniczenia czy tez literackiego awansu. Bodźcem do owego działania jest najczęściej sugestia komentatorów lub osobiste przekonanie poparte pochlebnymi opiniami w dziale dla początkujących czy też po prostu chęć sprawdzenia się i rewizji własnego talentu w gronie bardziej wymagających krytyków. System punktowego oceniania (plus jeden punkt jako pochwała wiersza oraz minus dwa punkty jako jego wyraźna krytyka) ma służyć eliminacji z działu zaawansowanego utworów wyraźnie nieudanych. Te utwory, które uzbierają określoną ilość punktów ujemnych są bowiem automatycznie przesuwane do działu dla początkujących.

Oprócz działów i wątków, w których zamieszczane i komentowane są poszczególne utwory, funkcjonuje także forum o charakterze ściśle dyskusyjnym. Jego przeznaczeniem nie jest publikacja tekstów użytkowników, lecz rozmowy służące wymianie poglądów na najrozmaitsze tematy. Początkową ideą forum dyskusyjnego była zachęta do rozmów powiązanych dość ściśle z dziedziną poezji, a w każdym razie, literatury. Z biegiem czasu forum dyskusyjne przekształciło się w miejsce niezobowiązujących pogawędek użytkowników na tematy całkowicie dowolne. Wątki dotyczący cenionych czy inspirujących poetów sąsiadują więc z rozmowami na temat problemów dnia codziennego czy bieżących wydarzeń kulturalnych i politycznych.

Na pytanie: „kim jest typowy poeta publikujący na internetowym forum poetyckim?” nie jestem w stanie udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Wśród użytkowników mogłabym wymienić co najmniej kilka kategorii: twórców, którzy doczekali się już „papierowych” publikacji, a forum internetowe traktują jako dodatkową opcję upubliczniania swoich tekstów, poetów poszukujących własnej drogi, stylu, dla których forum internetowe jest znakomitym miejscem do dyskusji i weryfikacji własnego talentu, autorów piszących głównie na użytek własny, którzy po długim czasie zdecydowali się na wyjście „poza szufladę”, autorów bardzo początkujących, podejmujących pierwsze poetyckie próby i, na końcu, poetów-grafomanów, przekonanych o unikalności swoich „dzieł” i „bombardujących” forum niezliczoną ilością utworów wątpliwej jakości.

Ciekawą kwestią jest także wybór nicków, jakimi posługują się użytkownicy portalu. Jako, że forum nie stanowi żadnego rodzaju „społeczności fanowskiej”, zorganizowanej wokół jakiegoś konkretnego tematu, rzadko pojawiają się pseudonimy zaczerpnięte z przestrzeni filmowej czy muzycznej. Niezbyt częste jest także stosowanie zdrobnień i rozmaitych form  swojego imienia, bardzo popularnych na portalach typu kafeteria. Internauci publikujący na forum poetyckim pretendują wszakże do miana artystów słowa, a zatem w tworzeniu Nicków silą się na oryginalność. Można się zatem natknąć na stylistykę Emo: jak choćby „BlackSoul” albo „samo dno”, ale też próby wprowadzania elementów komicznych: np. „Promil Czwarty” albo „chomik ludojad’. Co nietypowe dla portali internetowych, spora grupa decyduje się na ujawnienie prawdziwego (w domniemaniu) imienia i nazwiska, co może stanowić rodzaj autorskiego podpisu, podnoszącego rangę twórczości. Posługiwanie się prawdziwym imieniem i nazwiskiem nie jest jedyną przyczyną „rozpoznawalności” użytkowników forum. Spora część z nich (w formie niewielkich grup) utrzymuje kontakty „realne”,  poza przestrzenią. Istnienie pozainternetowych relacji między autorami zaburza pełną anonimowość internetowej dyskusji. W komunikacji pojawiają się bowiem personalne aluzje czy komentarze, których kontekst, a tym samym treść zrozumiała jest wyłącznie dla nadawcy i jednego, konkretnego odbiorcy.

Kolejnym krokiem w przełamywaniu anonimowości było pojawienie się w dziale dyskusyjnym forum poezja.org wątku zatytułowanego „szoł jor fejs” (sam tytuł, nie dość, że zaczerpnięty z języka angielskiego, to jeszcze zapisany fonetycznie), w którym to publikujący swoje utwory mają szansę także zaprezentować własne fotografie, „pokazać twarz”.  Kilka lat temu, gdy zdecydowałam się zostać użytkowniczką poezji.org stanowiło to akt odwagi. Dziś nikt już nie wychodzi z podobnymi inicjatywami. W erze facebooka i tak każdego możemy odnaleźć poprzez wyszukiwarkę znajomych…

Goldenline dla laika

Nie jestem zwolenniczką posiadania konta na każdym możliwym portalu społecznościowym, bez względu na jego przeznaczenie. Toteż zjawiska networkingowe tj. Lastfm, Myspace czy Fotka.pl są mi raczej obce i przyznaję, że nie zawsze wiem w jaki sposób tak naprawdę funkcjonują. Tak było też w przypadku portalu Goldenline.pl, któremu na potrzeby tego teksu postanowiłam się przyjrzeć.

Pierwszy raz usłyszałam o GL, gdy jeden z moich kolegów poznał „tam” dziewczynę. Jest to zatem kolejny portal randkowy, stwierdziłam. Szybko wyprowadzono mnie z błędu oświadczając jedynie, że można tam znaleźć pracę. Do dziś żyłam sobie z tą nie wiele znaczącą dla mnie informacją nie domagając się więcej. Jednak teraz czas to zmienić.

Bezpośrednio ze strony można dowiedzieć się, że jest to portal stawiający na poszerzanie i utrzymywanie kontaktów, możliwość rozwoju kariery zawodowej oraz szeroko pojętej wiedzy. Dodatkowo do rejestracji zachęcają pochlebne opinie użytkowników. W zasadzie można uwierzyć, że wystarczy się zarejestrować i stworzyć korzystnie wyglądający profil, a praca praktycznie znajdzie się sama! Po wstępnych oględzinach portalu mam wrażenie, że jest to po prostu sprytne połączenie Facebook’a z Gazetą.pl. Podstawą profilu jest wiarygodność – czyli występujemy pod własnym imieniem i nazwiskiem oraz podajemy faktyczne doświadczenia zawodowe, zainteresowania itp. GL dba o naszą siatkę znajomych, pozwala poszerzać wiedzę poprzez zapisy do różnych grup tematycznych oraz uczestniczenie w wielu spotkaniach odbywających się w realu oraz oczywiście zasypuje nas ofertami pracy z wielu różnych (nie koniecznie interesujących nas) branży. Dodatkowo portal nie tylko wyszukuje, ale również rekrutuje (usługa płatna) kandydatów na dane stanowiska. Na pierwszy rzut oka GL wydaje się łatwy do ogarnięcia, stosunkowo szybko można zorientować się gdzie i jakie informacje można znaleźć, a profile użytkowników wyglądają schludnie i profesjonalnie. Szata graficzna jest, powiedziałabym, bardziej niż stonowana, jednak w przypadku portalu tak naszpikowanego wszelkimi informacjami działa to raczej na plus.

Z internetu można natomiast dowiedzieć się, iż Goldenline to kolejna polska interpretacja serwisu zagranicznego (w tym przypadku wzorem był LinkedIn).

Wiele na temat serwisu zdradza w wywiadzie jeden z jego założycieli:

http://mambiznes.pl/artykuly/czytaj/id/2363

oraz członek zarządu:

http://antyweb.pl/wywiad-jak-radzi-sobie-goldenline-w-erze-facebooka-czy-transmisjeonline-pl-to-juz-rentowny-biznes/

Poza tym Goldenline raczej  kiepsko radzi sobie z promocją i reklamą:

http://technologie.gazeta.pl/internet/1,104530,8598742,GoldenLine_pl_przeprasza_za_reklame.html

http://prawo.vagla.pl/node/8387

Z pewnością GL tworzy na polskim rynku nową jakość, swoją formułą łącząc portal społecznościowy z serwisem zawierającym oferty pracy. Wydaje mi się, że nie jest tak popularny jak inne portale, ale też nie jest to raczej jednym z jego podstawowych założeń. Jednak czy ten złoty środek rzeczywiście działa byłabym w stanie określić dopiero po dłuższym użytkowaniu, na dzień dzisiejszy wiem jedynie, że zapowiada się obiecująco.