Interfejsy i ekrany

Garść linków w kontekście ostatnich zajęć:

No i oczywiście życzę wszystkim wesołych Świąt i odpoczynku od komputera (ach!):-)

Rewolucja informacyjna według Jonschera

Chociaż na początku tekstu Jonscher myli ludzki mózg z komputerem i chociaż jest skłonny przypisywać chipom cechy istot żywych, bardziej niż rewolucja komputerowa interesuje go ”wybuch ludzkiej wiedzy”, którego podwaliny stworzyło jego zdaniem Oświecenie, a którego symbolem miały być wieże World Trade Center. Zdaniem autora to dzięki rewolucji przemysłowej coraz większa część społeczeństwa mogła odejść od pracy fizycznej i zająć się umysłową. Tak, jak maszyny niegyś spotęgowały naszą siłę fizyczną, tak komputery potęgują możliwości ludzkiego umysłu. Siła mięśni odtąd będzie już zawsze określana jako ‘prymitywna’, szczególnie w porównaniu z nowoczesną i wyzwalającą ‘informacją’. Jako przykład firmy, której sercem jest praca koncepcyjna pada nazwa ‘Coca-Cola’. W swoim tekście Jonscher sugeruje, że wynalazki są wzorowane na organach ludzkich zmysłów i że postęp technologiczny napędza chęć doskonalenia i rozwoju własnych możliwości.

Wielu prognostyków rozumuje na zasadzie wszystko albo nic – albo cyberprzestrzeń wchłonie i przekształci wszystkie wytwory społeczeństw i kultury, albo zupełnie się nie przyjmie. Mało jest teorii symultanicznego rozwoju, przeplatania się tych sfer i wzajemnej inspiracji. Czy tak jak chce futurolog Alvin Toffler, przeniesiemy wszystkie sfery życia do cyberprzestrzeni? Jonscher sugeruje, że za pomocą komputerów zblizamy się do platońskiego świata Idei. Bo nasza logika i obliczenia są coraz bardziej precyzyjne, bo obraz i dźwięk jest ostrzejszy i czystszy niż kiedykolwiek wcześniej. Dobrze, że autor widzi zagrożenie nadmiaru informacji i niemożności ich przyswojenia przez nasze umysły. Stara się wysłuchać argumentów obu stron.

Dziś zdania „przewiduje się, że w 2010 roku gdzieś w bazie wojskowej odkryjemy…” bardziej bawią niż fascynują. Wież WTC już nie ma, Coca-Cola i jej praktyki dla wielu są synonimem Szatana, a „Odyseja Kosmiczna 2001″ wyświetlana jest w kinie „Iluzjon” obok „Gorączki złota” Charliego Chaplina.

Jonscher pozostawia nas bez odpowiedzi, każe spojrzeć na przemiany związane z komputeryzacją z perspektywy dziejów naszej cywilizacji. Niestety nie pisze, co stamtąd widać.

Second Life – tytułem wstępu

Oto luźne tłumaczenie rozmowy, którą kilka dni temu odbyłem w „drugim życiu” (skróty SL i RL odpowiednio dla „second life” oraz „real life”):

- Razem z moim szwagrem mieszkaliśmy w domku na wzgórzu, na wyspie. Moja siostra mieszkała tuż obok, w domku na plaży. Rozumiesz sytuację?
- Jasne.
- Moja siostra zaczęła być zazdrosna, że tak dobrze bawimy się razem w SL.
- Dlaczego w takim razie nie próbowałaś zamienić się z nią na domy?
- Ten świat dał jej wszystko, czego w jej poczuciu brakowało jej w prawdziwym życiu: dobrą pracę, przyjaciół, wysoki status społeczny. Była tutaj poważana. I to niestety uderzyło jej do głowy. Nie chciała, żebyśmy kręcili się wokół niej, dlatego że znamy ją w RL. A ona wciąż gra.
- Niezła historia!
- Wiem, haha! A ja w rzeczywistości mam tylko 19 lat.
- A ona?
- Ona jest po trzydziestce. Tak samo jak mój szwagier. To znaczy… były szwagier. Rozstali się w RL.
- Z powodu SL?
- Miała romans z kimś, kogo poznała w SL. Dlatego właśnie chciała się nas pozbyć!
- Czy to przekształciło się w prawdziwy związek, czy pozostało tylko tutaj?
- Są razem od kiedy rozstała się ze swoim mężem. On nie wiedział wtedy o jej wirtualnym romansie.
- Nie no, nie wierzę.
- To jak opera mydlana, prawda?
- Tak. Jak sądzę nie mogę wpakować się tutaj w żaden związek.
- Nie mów tak… Chyba że masz kogoś w RL?
- Tak. I nie chciałbym, żeby ten związek ucierpiał.
- No tak, w takim razie to najlepsze rozwiązanie. Związki w SL mogą być naprawdę silne, mówię ci. Sama przez to przeszłam.

Inna anegdota:
Jeden z wirtualnych znajomych któregoś razu w toku luźnej rozmowy zboczył na poważny temat mówiąc: „muszę ci się przyznać, że przeżyłem dzisiaj jedno z najbardziej upokarzających doświadczeń w swoim życiu”. Moje natychmiastowe zmartwienie było jednak przynajmniej w pewnym sensie przedwczesne, bo okazało się, że ma on na myśli życie awatara, a nie człowieka nim kierującego. Ów znajomy jest w „drugim życiu” początkującym modelem, a tego dnia podczas sesji fotograficznej musiał pozować zupełnie nago, w różnych ekwilibrystycznych pozach.

Równie ciekawych historii (niestety bez możliwości zweryfikowania ich autentyczności) dostarcza regularnie kącik porad w internetowym magazynie „The AvaStar”, który jest bodaj najpopularniejszym pismem poświęconym grze Second Life, a właściwie nie tyle grze, co po prostu „drugiemu życiu”. Oto przykładowe nagłówki: „Moja kochanka z SL jest moją macochą w RL”, „Moja lesbijska kochanka jest mężczyzną!” itp.

Przyznaję, w Second Life gram od trzech tygodni (acz ostatnio już ze zdecydowanie mniejszym zaangażowaniem). Razem z Prowadzącą ustaliliśmy, że swoje dotychczasowe obserwacje przybliżę Wam w cyklu blogowych notek. Mam tylko jedno kluczowe pytanie, zarówno do grupy, jak i rzeczonej Prowadzącej: czy interesują nas podstawowe kwestie związane z systemem gry i interfejsem, czyli to, co awatar może robić i jak to może robić (np. w jaki sposób możliwy jest sławetny seks pedofilski), a także charakterystyka modelu ekonomicznego? Czy może w kolejnej notce mam od razu przejść do istotniejszych z antropologicznego punktu widzenia aspektów zabawy? Osobiście wydaje mi się, że zrozumienie tej „gry” nie za bardzo jest możliwe bez podstawowej wiedzy na temat zasad, jakimi rządzi się jej świat, ale poczułem się zobligowany do zadania tego pytania, bo nie chce nieproszony zarzucać ciągami notek dotyczących sterowania postacią w „jakiejś grze”. ;)

Oświadczenie BUW

ZASADY KORZYSTANIA Z INTERNETU W BUW

„W związku z licznymi informacjami w mediach na temat tego kto i do czego wykorzystuje Internet w Bibliotece Uniwersyteckiej w Warszawie przypominamy, że:

- W BUW czytelnicy mogą korzystać ze 112 stanowisk komputerowych, w tym 38 z dostępem do Internetu, ponadto dostęp do Internetu jest możliwy z własnych komputerów przenośnych poprzez sieć przewodową i bezprzewodową.
- Aby skorzystać z komputera z dostępem do Internetu należy mieć kartę biblioteczną oraz zaakceptować wyświetlany na ekranie komputera regulamin, którego p. 1 stanowi, że Pierwszeństwo w dostępie do komputerów mają osoby korzystające z zasobów i usług elektronicznych BUW w celach związanych z nauką i kształceniem na poziomie akademickim., a p. 7 d, e) że: Korzystającym z komputerów w BUW nie wolno: (…) przesyłać i udostępniać treści niezgodnych z prawem lub (…) naruszających czyjekolwiek prawa osobiste.
- Nie jest zadaniem Biblioteki kontrolowanie treści, których w Internecie poszukują nasi czytelnicy. Nie zaglądamy przez ramię czytającym książki, nie sprawdzamy także, co korzystający z komputerów mają na ekranach.”

Źródło: http://www.buw.uw.edu.pl/

BUW oferuje dostęp, ale nie sprawdza sposobów jego wykorzystywania, ufając w poszanowanie regulaminu bibliotecznego. Czy to, jakie strony odwiedzamy korzystając z publicznego dostępu do internetu – także na własnych laptopach – powinno być (samo)regulowane? Jeśli tak, to jak i w odniesieniu do jakich reguł?

polityk sieciowy i antysieciowy

Ostatnio rzeczywistość intensywnie podsuwa nam argumenty zarówno za tezą, że sieć jest wielkim śmietnikiem, jak i za tą, że może być skarbcem talentów, a przynajmniej – wyśmienitą trampoliną służącą do wybicia się.
O tym ostatnił przekonał się ostatnio Jeff Ooi, znany azatycki blogger, oraz jego wierni czytelnicy. Poczytny dotyczący polityki blog umożliwił swojemu autorowi włączenie się w tę politykę, o której do tej pory tylko pisał: Jeff Ooi został parlamentarzystą, co może stanowić kolejny przykład omawianego na zajęciach zjawiska polegającego na tym, że „real” nobilituje bądź legitymuje to, co wirtualne.
Ooi jest chyba pierwszym politykiem zawdzięczającym narodziny swej popularności blogowi (podkreślam, „narodziny” a nie „odrodzenie”, o którym można mówić częściej). Mimo że jego wygrana w wyborach jest precedensem, w polskojęzycznej sieci nie mówi się o tym prawie wcale, bowiem w ciągu ostatnich kilku dni na polskojęzycznych forach dyskusyjnych, ale i także w prasie, wrze niestety z zupełnie innych powodów. Wszystko przez rzuconą niejako od niechcenia uwagę byłego premiera na temat jego wizji polskich internautów: „Nie jestem entuzjastą tego, żeby sobie młody człowiek siedział przed komputerem, oglądał filmiki, pornografię, pociągał z butelki z piwem i zagłosował, gdy mu przyjdzie na to ochota. Zwolennicy głosowania przez Internet chcą tę powagę odebrać”. Zostawiając na boku kwestię głosowania przez Internet, warto zanalizować obecny w tej wypowiedzi obraz przeciętnego internauty: młody wiek, piwo, niefrasobliwość i pornografia, ze względu na którą, jak twierdzą niektórzy, powstała przecież sieć: http://pl.youtube.com/watch?v=eWEjvCRPrCo ;)
Czyżby to temu Jeff Ooi zawdzięczał swój fotel parlamentarzysty?

Pomyślę o tym później. Na razie pora wyłączyć komputer – już i tak nie mam co tu robić, bo właśnie skończyło mi się piwo ;)

Jak wikipedia opowiedziała mi o bombie atomowej

Na wstępie przepraszam za opóźnienie – musiałem stoczyć heroiczny bój z moim komputerem, ewidentnie nie spodobała mu się wizja przyszłości internetu i próbował mnie powstrzymać.

Wikipedia jest bardzo wdzięcznym tematem do badań, sama o sobie przygotowuje materiały w zgrabnej, przystępnej formie, dorzuca garść odnośników do kolejnych haseł i zwykle jeszcze jakieś linki zewnętrzne, ba, nawet tłumaczy swój własny fachowy żargon, co często bywa problemem. Nie podejmuję się nawet opisywania jej z zewnątrz, i tak nie dałbym rady lepiej, niż ona o sobie i o oprogramowaniu typu wiki
Nie jest zatem w jej przypadku trudnym zrozumieć „jak to działa” – natomiast z tym, „jak ma działać” bywa gorzej.
Jeśli ktoś zostaje wikipedystą, robi to albo dlatego, że musi, MUSI stworzyć hasło swojej ulubionej szóstoplanowej postaci z Harrego Pottera – albo dlatego, że ma ochotę zostać prawdziwym encyklopedystą*, a taki powinien dysponować pewną wiedzą, umiejątnością korzystania z zasobów internetu, a przede wszystkim być zaangażowany i uparty. Po takich ludziach można się spodziewać, że nie pozwolą wikipedii po prostu toczyć się, gdzie wypadnie, ale zechcą kierować jej losem. Na ile poważne są to problemy dla zainteresowanych, można się przekonać tu
i na stronach dyskusji każdego z haseł (można je obejrzeć klikając na zakładkę „dyskusja” pod paskiem adresu – tak, mnie też to wcześniej nigdy nie interesowało, mój błąd); polecam też linki z postscriptum.

Temat wikipedii zainteresował mnie, bo parę razy w życiu zdarzyło mi się zostać przez nią „wciągniętym” – najsilniejszy atak wiki miałem dwa tygodnie temu, kiedy to przez kilka dni spędzałem dosłownie każdą wolną chwilę czytając ją (przeszedłem drogę od muzyki goa trance do najnowocześniejszych technik wojskowych, z połową XX wieku po drodze) – i do tej pory mam otwarte trzy hasła, których boję się tykać. Wiem też z relacji znajomych – często osób, które zwykle nie przejawiają zainteresowania Wiedzą (jak ja) – że również zdarzało im się oddać wolnej encyklopedii kawałek swojego życia.
Zastanawiałem się, na czym to polega – mam tylko jednego znajomego, który aktywnie współtworzy wikipedię, i drugiego, który zajmował się tym kiedyś. Na pewno nie jest więc to kwestia interaktywności, nie chce mi się też wierzyć że to tylko i wyłącznie magia hipertekstu. Wyjaśnienie, które mnie przekonało, znalazłem tu – nie mam znajomych, którzy mają u siebie na półce „zwykłą” encyklopedię, takich zaś, którzy posiadają kompendia na jakiś temat – owszem. Chciało by się prześledzić, jaki zakres haseł przegląda przeciętny użytkownik wiki, danych na ten temat niestety brak (czy raczej pewnie ja nie mam dostępu).

Ciekawa też jest wikipedia w kontekście internetowego anarchizmu, funkcjonuje wszakże na licencji GNU – liczę, że o tym szerzej nam opowie tow. Konopczyński w przyszłym tygodniu.

Encyklopedia tworzona przez wszystkich, dla wszystkich, o wszystkim, z grupą fachowców i zaangażowanych amatorów, zainteresowanych świadomym jej kształtowaniem – projekt-gigant. Zacząłem ją doceniać nie tyle za to, jak wiele informacji gromadzi, bo oczywistym mi się wydaje, że każda odpowiednio rozreklamowana baza danych znajdzie ludzi, którzy ją zaczną wypełniać – ale za to, jak została uporządkowana. Sam niejednokrotnie miałem ochotę zarejestrować się i poedytowac hasła, które z jakichś przyczyn mi się nie podobały, teraz się boję. Czytanie musi mi wystarczyć.

* Problem haseł o znikomej uzyteczności częściowo rozwiązują wikipedie tematyczne, np. lostpedia – wiki w całości poświęcona serialowi „Zagubieni”, czy na przykład wielkapedia, będąca przybudówką znanego portalu www.wielkarzeczpospolita.net.
Ponadto można wyodrębnić jeszcze jeden typ wikipedystów – a mianowicie wandali, którzy złośliwie obniżają poziom wiki. W większości przypadków jest to łatwe do wykrycia, trafiają się jednak wandale, którzy swój cenny czas i umiejętności poświęcają wiarygodnemu fałszerstwu.

P.S.: Parę ciekawych linków na temat
Wikipedia:Nasza odpowiedź na krytykę
Wikipedia:Okrągły Stół/Wikipedia jako sieciowa gra edukacyjna
Wikipedia:Efekt wiatraczka
Dyskusja o wiatraczku
Henryk Batuta
Czy jesteś wikipedioholikiem

P.P.S.: Podczas korekty wyłapałem parę śmiesznostek, n.p. „każda odpowiednio rozreklamowana baza danych znajdzie ludzi, którzy ją zaczną wypełniać”. Czekam na BuntMaszyn 1.0

Michel Maffesoli – The Time of the Tribes

maff.jpg

Tydzień temu przy okazji rozważań nad podstawowymi wyznacznikami internetu jako medium kulturowego i przestrzeni społecznej Sławek uruchomił kontekst trybalizmu – tendencji do tworzenia się społeczności opartych na plemiennym typie więzi społecznej (czy ma to sens w społeczeństwie postindustrialnym i jak się ma do definicji więzi społecznych autorstwa chociażby Tonniesa i Cooleya to już zadanie do analizy), także w internecie.
Warto spojrzeć na trybalizm także na tle nomadyzmu – przemieszczania się społeczności internetowych z jednego środowiska sieciowego do drugiego. Jednym z przykładów może być obserwowana przeze mnie migracja fanek Harry’ego Pottera z Livejournal.com do Insanejournal.com, a więc zmiana jednego serwisu blogowego na drugi (oparty zresztą na tym samym silniku i umożliwiającym bardzo łatwą migrację danych). Przyczyny? Livejournal postanowił zaostrzyć politykę jeśli chodzi o możliwość zamieszczania na nim materiałów uznawanych za obsceniczne. Wielbicieli pornografii musieli więc poszukać bardziej liberalnej przestrzeni ekspresji;-)
Inną kwestią jest nomadyzm gadżeciarsko-nowinkarski – podążanie za aktualnymi trendami i porzucanie niemodnych już forów na rzecz na przykład sieci społecznych…

Do poczytania: Michel Maffesoli, The Time of the Tribes. The Decline of Individualism in Mass Society, Sage, London 1996.

Web 2.0 – czym jest, i dlaczego niektórzy twierdzą, że go nie ma

Nie będę przytaczać w tej notce definicji Web 2.0 – łatwo możecie je znaleźć w sieci. Przyznam też, że po przeczytaniu wszystkich podanych (i innych – linkujące się nawzajem blogi tematyczne strasznie pożerają czas ;) tekstów więcej nie wiem niż wiem.

Rozpocząwszy tą smutną konstatacją, chciałabym się z Wami podzielić garścią refleksji, które być może podczas dyskusji na zajęciach przyjmą nieco bardziej rozbudowaną formę.

Przede wszystkim – nie było żadnej rewolucji. Między Web 1.0 a 2.0 nie dokonał się żaden skok techniczny, pojawiły się jedynie nowe techniki tworzenia aplikacji (np. AJAX), które umożliwiły użytkownikom bezpośrednie wprowadzanie zmian na stronie. Z tego powodu trudno jest określić moment, w którym wkroczyliśmy w erę Web 2.0. Za jej początek uznaje się rok 2001 (wtedy pękła dot-com bubble), ale doprawdy nie rozumiem przesłanek (co nie znaczy, że one nie istnieją lub są niesłuszne ;) , które kazałyby nam tak uważać. Z tego też względu niektórzy (np. Tim Berners-Lee) uważają Web 2.0 za wymysł marketingowy, pustą nazwę, która nic nie desygnuje, ale za to ładnie brzmi.

Niewątpliwie jednak coś się zmieniło – zmienił się nasz sposób używania internetu. Zarówno przez zwykłych użytkowników jak  przez tych, którzy produkują oprogramowanie. W miejsce sieci- bazy informacji pojawiła się wzajemność na linii nadawca-odbiorca. Z tym zjawiskiem łączymy  p2p czy blogi. Z wypowiedzi teoretyków- entuzjastów w Web 2.0 (Tim O’Relly) wyłania się projekt sieci opartej na dobrowolnej i kreatywnej współpracy i wolnym przepływie informacji między ludźmi – wydaje się, że cokolwiek utopijny. Szczerze mówiąc, przypomina mi on trochę XIXwieczny anarchokolektywizm ;) A już na poprzednich zajęciach ustaliliśmy, że w Internecie istnieje hierarchia i cenzura (tu pytanie: do jakiego stopnia struktura „społeczna” sieci odzwierciedla modele panujące we współczesnych społeczeństwach Zachodu?).

Zmiany te nie zachodziły jednak w sposób rewolucyjny, raczej ewolucyjny. Internet staje się (stał się) przestrzenią społeczną, równoważną z każdą inną; przestrzenią konstrouwania własnej tożsamości (a to już grząski socjologiczny grunt ;) . Powstanie i rozwój portali społecznościowych – sztandarowa cecha Web 2.0 datuje się od 2004 roku (fcbk i grono, myspace 2003), popularność blogów zaczęła się nieco wcześniej (ok. 2000 roku), ale „if Web 2.0 for you is blogs and wikis, then that is people to people. But that was what the Web was supposed to be all along.” (znów Berners-Lee).

Możemy więc chyba powiedzieć, że termin web 2.0 (jakkolwiek rozumiany) odnosi się do pewnego etapu ewolucji sieci, dokonującej się przede wszystkim na poziomie kształtowania się nowej przestrzeni społecznej. Trudno jest pisać o zjawisku, które istnieje tu i teraz – i w którym wszyscy uczestniczymy. Zwłaszcza, że dotknęłam tylko niewielkiego wycinka problemów,  jakie mamy z Web 2.0. Mam nadzieję, że poruszymy jeszcze kwestie ekonomii, open-source (i prawa autorskiego), związków międzyludzkich czy polityki prywatności (i to niekoniecznie w trakcie najbliższych zajęć, te kwestie będą zapewne wracać ciągle). I wiele innych, które w tej chwili nie przychodzą mi do głowy ;)